sobota, 5 maja 2012

Polowanie na dziwki


Muszę Was rozczarować. Nie zamierzam tracić czasu na dywagacje na temat nowego, wybranego przez Naród piłkarskiego "hymnu". Jaki Naród, taki hymn. Nie mam też najmniejszej ochoty zżymać się na zachodnich polityków, którzy chcą zbojkotować EURO na Ukrainie. Wystarczy, że ta banda hipokrytów, zabroniwszy dziennikarzom zadawania niewygodnych pytań chińskiemu notablowi podczas jego ostatniej wizyty w Brukseli, przekroczyła granicę wszelkiej przyzwoitości. O rodzimych kretynach pisuję na co dzień, więc tym bardziej nie zamierzam odnosić się do wojny kaczyńsko - ukraińskiej o piękną Julię, zwłaszcza, że to kolejna w życiorysie Prezesa, zapewne będą i następne. Prócz Rosji, mamy jeszcze kilku sąsiadów, których warto było by rozbawić.

Zanim przestanie być miło - mała sugestia na temat piosenki na mistrzostwa. Może, następnym razem, zamiast rozpisywać idiotyczne plebiscyty dla kiboli, po prostu zatrudni się kogoś, kto się naprawdę na muzyce zna? Ta metoda najlepiej sprawdziła się podczas Mistrzostw Świata w piłce kopanej w 2006 w Niemczech.




 ...


Władze Aten już wiedzą jak poradzić sobie z nielegalnymi prostytutkami. Opublikowały w prasie zdjęcia 12 dziewczyn, przyłapanych na nieopodatkowanym dawaniu dupy, a do tego zakażonych wirusem HIV. Pomysłodawcy tej medialnej akcji tłumaczą się tym, iż poprzez upublicznienie wizerunków "hiv - owych panienek", chcieli dotrzeć do ich klientów, by ci z kolei zgłosili się na konieczne badania i tym samym ocalili i własne życie i zdrowie swoich najbliższych.




To bodaj najokrutniejsze skurwysyństwo o jakim ostatnio słyszałem. 
Oto, pod pręgierzem, stanęło w rządku dwanaście chorych kobiet, których nikt nie zapytał - ani o zdanie, ani o to, czy przypadkiem (!) nikt ich do puszczania się nie zmuszał. Widać, aparat władzy wyszedł z założenia, że dziwka to dziwka i żadnych praw mieć nie powinna, o godności osobistej nie wspominając.
Ciekawe, że nikt nie wpadł na pomysł, by sfotografować alfonsów - pewnie dlatego, że greccy urzędnicy wysoko sobie cenią ich pracę.
A klienci? Na badania zgłaszać się mogą anonimowo, bo państwo doskonale dba o ich dobra osobiste.




Przepraszam uprzejmie - dlaczego publikowanie zdjęć kurew jest w porządku, a zamieszczanie fotek kurwiarzy już nie? Dlaczego w narodowym katharsis nie posunięto się dalej i nie sprzedano głodnemu igrzysk społeczeństwu  także facjat płacących za seks samców? Skąd w ogóle wziął się ten nieludzki i sprzeczny z wszelkimi zasadami przyzwoitości pomysł?
Grecka prasa przekonuje, że było to konieczne, albowiem istnieje poważne przypuszczenie, że owe panie zarażały swoich "kochanków" rozmyślnie. Przypuszczenie - nie pewność. Pewne jest jedynie to, że owych "kochanków" nikt nie zmuszał do tego, by szli "na boki" i wsadzali to i owo tam i ówdzie bez gumek, a panie - nie sprzedawały by seksu, gdyby nie miały klientów. Ale - dziwnym trafem - helleńskie media jakoś o tym milczą.

Ktoś, kto publicznie piętnuje i dyskryminuje nosicieli wirusa HIV, niezależnie od motywów, jest sukinsynem, pozbawionym szacunku dla ludzkiego życia i godności.




A, jeśli, w świetle prawa, w wydawałoby się cywilizowanym państwie, jego organy do spółki z mediami urządzają sobie polowanie na dziwki - nie wiem jak Was, ale mnie to przeraża.


Materiały do tego posta - Fundacja Panoptykon/GW
Nie umieściłem tu opublikowanych zdjęć tych 12 kobiet, choć mogłem. Sądzę, że rozumiecie, dlaczego.

piątek, 4 maja 2012

Nie wińcie tęczy za deszcz



I nigdy nie wiń tęczy za deszcz,
naucz się zapominać
przynoszące ból wspomnienia,
bo choć lata szepczą ci,
by przeżyć wszystko jeszcze raz -

- nigdy nie wiń tęczy za deszcz...



moody blues (tłum. Brunet)

czwartek, 3 maja 2012

Duety

MOTTO DNIA: Pieprzyć politykę, mamy w końcu święto.

W zaklętych czeluściach mojej szafy, tam, gdzie światło słoneczne nie ma najmniejszych szans, bezładnie i bezwładnie rozrzucone, tkwią od lat zapomniane piosenki. Piosenki, których nikt już nie pamięta, nikt nie słyszał, które, od czasu do czasu pozwalałem sobie, jedna po drugiej wyjmować i obdarzać nimi Czytaczy mojego onetowego bloga. A kiedy okazywało się że i owszem, pamiętają, słuchali - za każdym razem zachwyt mój szczytował.
Są utwory, przy których nie można nie szczytować.

Na dziś wybrałem duety. Specyficzne, jedyne w swoim rodzaju.


Rzadko bywam sentymentalny, mimo tego, że przecież nikt mi tego nie zabronił.
A zresztą - po cholerę się tłumaczę - sami posłuchajcie.



Droga do piekła wybrukowana jest złotem,
dla mnie wszystko jest jasne,
moja historia tu się nie kończy,
a wszystko co mam, jest tutaj.
(...)
Dzięki tobie mam wolę życia,
wszystko co mi dałaś,
teraz nie mam niczego, nic do stracenia,
prócz tego, że mogę stracić ciebie (...) 


 John Wetton & Anneke van Giersbergen


Zacznij podróż,
gdy świat drży,
a obcy wołają cię po imieniu.
Weź wszystko o czym marzysz,
każdego ranka -
zarzewie płomienia -
wspomnienia za przewodnika.

Jesteś przyjacielem,
a czas - to nie wróg.
Będę czekał...

I w końcu
znajdziesz mnie tu znów,
jeśli naprawdę mnie potrzebujesz -
wystarczy że dasz znak.
Jeśli jesteś sama,
w moim sercu znajdziesz dom,
do którego prowadzą wszystkie drogi,
który jest twój.
W końcu...


 John Wetton & Annie Haslam

Moje tłumaczenia tekstów piosenek, podobnie jak i cała ta notka, są sklecone całkowicie ad hoc. Ale, żeby była jasność - bimba mi to, czka i powiewa. Wystarczy, że, wraz ze mną, choć przez chwilę, posłuchacie. 
Wino otworzyłem, więc świętujmy.





  
A na koniec - jedna z zeszłorocznych perełek.


John Wetton & Anneke van Giersbergen

środa, 2 maja 2012

Dupodajnia

Jeśli ktoś z Was nie ma dziś ochoty na czytanie o polityce, niech od razu przejdzie do części muzycznej.


W czasie, gdy, jako typowy przedstawiciel inteligencji pracującej, świętowałem Pierwszego Maja z godnością i umiarem (o jakie nikt by mnie nawet nie podejrzewał), w Warszawie, dwóch partyjnych liderów kłóciło się o to, który z nich jest bardziej lewicowy. Od kiedy bowiem okazało się, że potencjał intelektualny całej polskiej prawicy jest porównywalny z IQ stułbi bałtyckiej, każdy, uważający się za w miarę normalnego, chce być po drugiej stronie barykady. Za wszelką cenę. Efektem tego jest sytuacja, gdy - TU - prawicowi troglodyci siedzą w betonowych schronach, okopani, zaminowani i okręceni drutem kolczastym, zaś TAM (gdzie stało ZOMO) - lewicowe pospolite ruszenie, okrakiem, okupuje naprędce usypany szaniec. Szaniec - regularnie podmywany, sypiący się i rozlatujący pod ciężarem gatunkowym gwiazdorskich tyłków "lewackich" elit.

Muszę przyznać, że nie zawiodłem się ani na Leszku Millerze ani na Januszu Palikocie. Obydwaj panowie, każdy w swoim stylu, zrobili wszystko, bym nigdy więcej na nich nie głosował. Ich "pojedynek" bowiem okazał się być nową edycją kiczowatego teleturnieju dla celebrytów.

Najpierw dał głos lider Ruchu pod wezwaniem Samego Siebie. Jego wystąpienie bardziej niż deklarację programową przypominało stend - up - owy występ podrzędnego komika.To była jedna z większych ściem, jakich byłem świadkiem. Chwilami miałem wrażenie, że Palikot sam nie rozumie tego co mówi. Jeśli budowanie państwowych fabryk, które, działając w ramach gospodarki kapitalistycznej miałyby zatrudnić miliony bezrobotnych i zapewnić dostatek w kraju nad Wisłą jest receptą na naprawę chorego systemu, to ja dziękuję. Optymizm może i wart podziwu, ale nie chciałbym doczekać wykonania.
Niestety - JP nie przygotował się należycie do występu. To co powiedział o odnawialnych źródłach energii, ekologii i elektrowniach atomowych ani kupy, ani dupy się nie trzymało. Być może któryś z partyjnych doradców powinien był uświadomić swojego szefa, że - po pierwsze - Rosja nie jest głównym eksporterem wzbogaconego uranu, po drugie - energia "wiatrakowa", jak do tej pory, wymaga niewyobrażalnie wielkich dotacji nawet w znacznie bardziej rozwiniętych technicznie od Polski krajach, a po trzecie - biorąc pod uwagę, iż wiatraki wykorzystuje się jedynie w około 20 procentach, jedynymi, którzy mogą na nich cokolwiek zarobić, to właściciele gruntów, na których owe urządzenia postawiono.
Kiedy usłyszałem o likwidacji ZUS- u i obniżeniu podatków zacząłem się zastanawiać nad tym, jak wąska jest granica między psychodelią a schizofrenią. Ktoś, kto podpisuje się pod reformą emerytalną rządu, a równocześnie zmiany te kontestuje, to albo robi sobie ze słuchaczy jaja, albo jest zwyczajnie naćpany. Sam zresztą doszedłem do wniosku, że od tej pory - zamiast zapalić jointa - będę puszczał sobie palikotowe przemówienia. Efekt będzie ten sam, a przynajmniej nikt się nie będzie czepiał.

JP może sobie "zmieniać oblicze ziemi, tej ziemi" (w końcu inicjały zobowiązują) jak chce, ale i tak z R(i)P jest taka lewica jak z koziej dupy trąba.







Z nieukrywaną złośliwą satysfakcją stwierdziłem natomiast, że szef SLD potrafi śpiewać "Międzynarodówkę". Przypomniał sobie też, że nie lubi kapitalizmu. Cóż, lepiej późno niż wcale.

Celebryta Miller, nim znów przyjdzie czas wyprowadzić sztandar (po raz który z kolei?), pomachał sobie rękami, pokrzyczał i poudawał. Odstawił kolejną ściemę. Rzucił parę frazesów, nie siląc się zresztą na jakieś wyszukane socjotechniczne chwyty, bo w sumie - to po co? Przezornie nie wspomniał o podatku liniowym (przynajmniej ja nie słyszałem), za to długo mówił o wspaniałych perspektywach polskiej lewicy. Śmiem wątpić, czy pod przewodnictwem "biura politycznego" złożonego z "dziadków Czarzastych", Sojusz Lewicy Demokratycznej będzie w stanie za trzy lata wejść do Sejmu, o ile wcześniej, świeżo odnowionych szorstkich męskich przyjaźni znów szlag nie trafi.
Konstrukcja "wyremontowanej" millerowej partii coraz bardziej zaczyna przypominać hierarchiczny porządek kościoła katolickiego. Cały partyjny aparat złożony jest bowiem ze stojącego na czele, wybieralnego, "nieomylnego" papieża i skupionego wokół niego kolegium kardynalskiego - zamkniętego gremium, tworzącego nie tyle strukturę władzy, ile wspólnotę interesów. Jak dowodzą wyniki ostatnich wyborów na Mazowszu - znacznie łatwiej można było kiedyś zrobić karierę w PZPR, niż dziś w regionalnej "wierchuszce" Sojuszu.
LM -tanimi gestami i pustosłowiem - mnie - potencjalnego lewicowego wyborcę - nie przekonał. Zdaję sobie sprawę z tego, że podobno tylko krowa nie zmienia poglądów, ale od polityka, mającego aspiracje bycia przywódcą polskiej lewicy, oczekuję właśnie tego, by był krową.

W Święto Pracy, zamiast porcji soczystej wołowiny, dostałem stary i wysuszony kawał żylastej wieprzowiny.





Kiedy oglądam powtórki wczorajszych wystąpień, przypomina mi się historia pewnej młodej intelektualistki, która swego czasu, przez kilka tygodni próbowała przekonać mnie, jak wielkim darzy mnie uczuciem, po czym, bezszelestnie, wślizgnęła się do wyra mojego kumpla, niwecząc jednym bezmyślnym ruchnięciem wszelkie szanse na ewentualną zmianę nazwiska.

Polska tak zwana "lewica" ma dobry bajer i całkiem niezłą prezencję. Nie mam jednak żadnych wątpliwości co do tego, że w dniu robotniczego święta, najzwyczajniej dała dupy.


A teraz - zapowiadana wcześniej część muzyczna.




poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Człowiek w turbanie

Na wstępie, pragnę poinformować Czytaczy, iż z powodu uroczystej celebracji katolicko - prawosławnego pojednania, wczorajszego posta szlag trafił.
Mnie nie trafił - jedynie dzięki ponadstandardowej podaży płynów i benczowym zakąskom o cudownych, regenerujących wątrobę, właściwościach.
Dzisiejszy poranek, być może, do najbardziej rześkich nie należy, ale, wziąwszy pod uwagę ilość etanolu, przypadającą w dniu wczorajszym na osobę, i tak powinienem cieszyć się, że żyję.




REKLAMA SPOŁECZNA


 PO REKLAMIE 



Jak w przypadku większości ekumenicznych zlotów, tak i w dniu wczorajszym, obie strony doszły w końcu do jasnych, konstruktywnych wniosków, które pozwolę sobie zawrzeć w kilku podpunktach:
- "pół litra na głowę" w znacznym stopniu uniemożliwia przyswojenie sobie podstawowych zasad łacińskiej gramatyki (na przykładzie "Pater Noster").
- "litr na głowę" powoduje tak zwaną dysocjację manualną - zjawisko polegające na tym, iż osobnik - bez względu na wyznanie - nie jest w stanie sprecyzować, jaką ręką i w którą stronę należy prawidłowo wykonać znak krzyża.
- "powyżej litra na głowę" czyni zaś cuda - brać chrześcijańska zaczyna mówić "językami ludzi i aniołów" (czyli w esperanto).
- "dawka subletalna" z kolei - nasuwa wniosek, iż pojęcia takie jak: prozelityzm, papizm, zamach smoleński, Unia Europejska, Tuskolandia nie mają głębszego sensu, albowiem "i tak wszyscy jesteśmy Żydami", za wyjątkiem posła Macierewicza, który nie jest również Talibem. I - nigdy nim nie zostanie, ponieważ nakrycie głowy tej grupy religijnej zwyczajnie nie przypadło mu do gustu, czemu dał wyraz, pozywając do sądu tygodnik "Newsweek".



W sumie, to ma chłop rację. Wiosna idzie, ciepło jest, pod zwałami materiału czerep spocony, temperatura ciała podwyższona, tok myślenia spowolniony. Baranina jest łykowata, niesmaczna, a wieprzowiny jeść nie wolno. Pić - też nie wolno. Nadgniłe resztki żarcia, dyndające w brodzie nie pozwalają się skupić. Długa sukienka krępuje ruchy. Sikanie zaś pod drzewem staje się o wiele bardziej skomplikowane, niż do tej pory.
Ale najgorsze jest obrzezanie. To już - nie do pomyślenia.

A propos -
http://pornoszop.blog.onet.pl/Napletkowo,2,ID326963479,n

I to właściwie byłoby na tyle. No bo cóż można dodać?

Na zakończenie zaś - proponuję Wam wygodnie usiąść w fotelach, założyć słuchawki i... na blisko pół godziny odpłynąć... Bez posła Macierewicza, rzecz jasna.



piątek, 27 kwietnia 2012

Requiem dla bydlaka

W samym centrum Oslo, niedaleko gmachu sądu, w którym odbywa się proces sprawcy masakry na wyspie Utoya, zebrało się wczoraj około 40 tysięcy osób, by odśpiewać znienawidzoną przez Andersa Breivika piosenkę.
Piosenka, którą norweski zamachowiec określił mianem "marksistowskiej" została napisana i wykonana po raz pierwszy przez muzyka Lillebjoerna Nilsena wiele lat temu. Jej słowa mówią o braterstwie ludzi, żyjących zgodnie z naturą.
Prezentacja tego utworu miała moim zdaniem ogromny terapeutyczny wydźwięk. Oto bowiem, zamiast rozszarpania przez tłum bydlaka (na co zresztą zasłużył), odprawiono narodową mszę, swoiste katharsis a przy okazji - w sposób cywilizowany i całkowicie humanitarny, dokonano na Breiviku publicznego linczu.




Paradoksalnie - było to Norwegom potrzebne. Masakra w stolicy i na wyspie Utoya była nie tylko szokiem dla rodzin ofiar, ale (a nawet - przede wszystkim) - dla narodu jako wspólnoty. Nagle okazało się, że w skład "tolerancyjnego" i "gościnnego" społeczeństwa wchodzą również jednostki, mające zupełnie inną , niż "powszechnie obowiązująca" wizję świata. Dla których państwo to naród.
Breivik w okrutny sposób uświadomił swoim rodakom ich niedoskonałość. Każdy, kto choć przez chwilę miał okazję przebywać w Norwegii wie, że podejście tambylców do obcych bywa czasem, delikatnie rzecz ujmując, nieeleganckie (pisałem o tym kiedyś w onecie), a rasizm nie umarł śmiercią naturalną wraz z nastaniem kapitalistycznego dobrobytu. Pod tym względem, państwo fiordów niczym nie różni się od Niemiec, Francji czy Holandii, gdzie nienawiść do tanich w utrzymaniu pracowników zza dawnej żelaznej kurtyny, jak i przybyłych za chlebem wyznawców Allacha kwitnie i ma się całkiem dobrze.




Breivik nie jest typowym nacjonalistą. To skrajny przykład osobowości narcystycznej.
Nie mam pojęcia, czy w chwili popełniania mordów był on poczytalny, czy nie, skłaniałbym się jednak ku tej pierwszej opcji, sądzę jednak, że dla końcowego werdyktu sędziów nie powinno to mieć wielkiego znaczenia.
Dla człowieka (choć w jego przypadku to określenie jest nieco przesadzone) tak skoncentrowanego na sobie, kreującego na bieżąco swój egocentryczny świat, dla którego ideologia z całą pewnością odgrywa wtórną rolę, każda zasądzona kara będzie jedynie potwierdzeniem jego "mesjańskiego posłannictwa" a on sam, prędzej czy później, zrobi z siebie męczennika.
Najlepszym więc wyjściem - niezależnie od opinii psychiatrów - jest umieszczenie go w oddziale zamkniętym, gdzie do końca życia będzie traktowany jak zwykły wariat.
Nie więzienie, nie śmierć, ale to - jak sądzę - jest dziś dla niego największą karą, jedyną, z którą nie potrafi się zmierzyć.




Jeśli tak się stanie - to, po latach, kiedy bydlak będzie samotnie zdychał w pokoju bez klamek, ostatnim dźwiękiem jaki do niego dotrze powinien być refren tej piosenki:
"Razem będziemy żyć, każdy brat  i każda siostra, małe dzieci tęczy i żyznej ziemi".

Odebranie mordercy ostatniej nadziei w godzinie śmierci jest bowiem jedynym godnym zadośćuczynieniem dla tych, którzy nadzieję ową stracili.



środa, 25 kwietnia 2012

M+K


Notkę tą dedykuję niezrównanej Yeti...

Jedni nazywają to "chemią", drudzy - "miłością", jeszcze inni - "doborem osobniczym". Próbują to zdefiniować: poeci, socjologowie, a nawet matematycy. Niektórzy określają to mianem subtelnej choroby psychicznej, zakaźnej i nieuleczalnej. Jak dżuma.
Geneza związku między kobietą i mężczyzną nie jest tak oczywista, jak chcieli by tego naturaliści - wyznawcy ARCHETYPÓW. Całkiem możliwe, że u jego podstaw leży jedynie czysta newtonowska mechanika, w skali mikro:

Zdwojony chromosom X w jednej komórce to uciążliwy biochemiczny bagaż, 
którego, dość często, samica nie jest w stanie udźwignąć samodzielnie.

Dlatego też przysposabia samca, okręca się wokół niego niczym lepka, słodka w smaku, lecz śmiercionośna liana, której soki paraliżują mięśnie oddechowe ofiary, powoli i systematycznie pozbawiają ją tlenu.

Wbrew opiniom idealistów, kobieta, jako ewenement wśród pasożytów, potrafi równocześnie "doić" nie jednego, a kilku żywicieli, przy czym każdy z nich - na ogół nie zdając sobie z tego sprawy - spełnia tą jedną jedyną, przypisaną sobie, swoistą rolę.

- Po co przychodzisz do mnie? Przecież masz męża.
- On zarabia kasę i robi przy domu. A ty jesteś od czego innego.
- Masz jeszcze kogoś?
- Chłopaka do sprzątania. Ale jego jeszcze nie bzyknęłam.



Tylko idiota może uwierzyć w kobiecą bezinteresowność.

W przeważającej liczbie przypadków, panie wybierają swoich przyszłych partnerów nie z powodów emocjonalnych, a z czystego wyrachowania, świadomie, czy nieświadomie kierują swoje zainteresowanie w stronę tych, którzy spełniają wymagania wyznaczone przez różne (czasem dziwaczne) hierarchie potrzeb. Dla jednych najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, dla innych zaś - pieniądze i swoboda w związku. W małych miasteczkach i wsiach - kobiety w męskie ramiona pcha społeczna presja, w miastach - dla młodych yuppies - to ślubny kobierzec jest najdoskonalszym miejscem terapii własnych neuroz.
To nie mężczyźni wybierają sobie kobiety, mimo, iż tych ostatnich jest znacznie więcej (w niektórych rejonach na jednego faceta przypadają trzy babki), a  wynika to w równym stopniu z: atawizmów kulturowych i z podświadomego męskiego lęku przed kastracją. Postawieni po ścianami samce podejmują decyzje o wspólnym życiu - na Zadupiu - przeważnie zmusza ich do tego niechciana ciąża, w metropoliach - "ciśnienie" środowiska. Nie wiedzą jak bardzo odbije się to kiedyś na ich zdrowiu.

A gdzie tu równouprawnienie?


- Kochanie, gdybyś mi wreszcie dał klucze do swojego mieszkania, to codziennie miałbyś kawę podaną do łóżka.
- Skarbie, gdybym wreszcie dał ci klucze do mojego mieszkania, to wkrótce sam musiałbym ci przynosić do łóżka kawę.


W ostatniej notce (http://oczamiyeti.blog.onet.pl/526-Dziwny-potok-slow,2,ID466085301,DA2012-04-23,n), Nieoceniona Yeti obnażyła przed Czytaczami kulisy samczej walki o samicę, walki, której praprzyczyną miała by być (o ile dobrze zrozumiałem) męska zwierzęca natura.
Droga Yeti. Ten rodzaj współzawodnictwa jest jednym z największych idiotyzmów o jakich słyszałem.
Skoro decyzja należy do samicy, skoro jedynie ona ma prawo wyboru i - skoro i tak zrobi co zechce - to po jaką cholerę samiec ma robić z siebie durnia?
Kiedy dama okazuje mężczyźnie zainteresowanie, należy się zastanowić przede wszystkim nad jej motywacją. Nic nie dzieje się bez powodu. A jeśli, mimo sygnałów wysyłanych w jej stronę, dalej nie potrafi się zdecydować (bo prawdopodobnie ma na podorędziu jeszcze kilku innych kandydatów), najbezpieczniej jest zwyczajnie ją olać. Puszenie się, prężenie muskułów i różne inne mniej lub bardziej irracjonalne posunięcia to gierki nie warte świeczki, zwłaszcza w sytuacji, gdy się jest tylko "jednym z wielu".

Osobną kwestią o której pisze Yeti, jest sprawa potencjalnie niewiernej żony. Istnieją dwa rodzaje romansujących mężatek - te, które obsesyjnie szukają pretekstu do odejścia od męża i te, które chcą się jedynie zabawić. Podczas gdy pierwszych należy się wystrzegać, potrafią bowiem człowiekowi skopać życie do usranej śmierci, drugie - bywają często dość smakowitymi kąskami. I tu - łatwo jest mężczyźnie narazić się na śmieszność, gdy, pomimo odbieranych sygnałów, zamiast wulgarnie dobrać się kobitce do tego i owego, postanawia zabawić się w indywidualnego terapeutę i roztrząsa relacje małżeńskie swojej lubej (co ciekawe - większość zaobrączkowanych samic nie używa w pozamałżeńskim łóżku słowa "mąż", zastępując je określeniami typu "on", "ten", czy "stary"). A przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Na podstawie badań przeprowadzonych przez czołowych polskich seksuologów, jednym z najczęściej wymienianych przez kobiety warunków udanego seksu jest... okresowa zmiana partnera. A nie - psychoterapeuty.  
O tempora o mores! - zakrzykną puryści. I słusznie. Dotychczas obowiązujące standardy moralne uległy (i ulegają w dalszym ciągu) przewartościowaniu i zmianom, od których zatwardziałym wielbicielom cnót wszelkich mogą wypaść z głów resztki włosów.

Mieszają się role, zmieniają się priorytety.

Poligamia przestała być marzeniem jedynie mężczyzn, 
a dzisiejsza kobieta nie chce już być przez okrągłą dobę 
traktowana jak dama. 

Wbrew utartym schematom, instrumentalne potraktowanie samicy przez samca, w szczególnych warunkach, może przynieść więcej przyjemności, niż idiotyczne próby zagłaskania kota na śmierć.

Tylko - by to pojąć - jak to mówią na Śląsku - trza chopa, a nie galotów.
Prawda, Yeti?



wtorek, 24 kwietnia 2012

Cudze chwalimy...

Nie potrafimy docenić polskiej myśli technicznej.

Na niespełna pięćdziesiąt dni przed EURO, na zbudowanej właśnie drodze prowadzącej do niemieckiej granicy pojawiły się pęknięcia. Prasa zastękała, decydenci się obruszyli. A okazuje się, że całkowicie niesłusznie. Oto bowiem, jak dowiadujemy się od Anny Jakubowskiej z GDDKiA - kruszenie nawierzchni i rysy to nie jakaś zwykła fuszerka, tylko "spodziewany efekt zastosowanego rozwiązania technologicznego". (za TVN24.pl)
Fantastycznie. Jesteśmy więc awangardą światowej technologii!
To, że, dajmy na to, w takich Niemczech, nawierzchnie autostrad są gładkie, jak (nie przymierzając) niemowlęcy tyłek, nie oznacza, że TAK MA właśnie BYĆ.
Nie przychodzi Wam czasem do głowy myśl, że w kwestii jakości nawierzchni to MY mamy rację?
Przecież na takim oszlifowanym asfalcie znacznie łatwiej o wypadek - samochody jeżdżą szybciej, a kierowcy łatwiej zasnąć za kierownicą. U nas jest inaczej. Jadąc poprzerzynaną, postrzępioną i upstrzoną  koleinami autostradą, prowadzący pojazd na pewno nie kimnie. No chyba, że jest nawalony jak stodoła.




Podobnie jest z rodzimą awiacją. Prezes Kaczyński powiedział wyraźnie że skrzydła samolotu w żadnych okolicznościach NIE MAJĄ PRAWA się złamać (kto jak kto, ale Prezes na prawie się zna - na sprawiedliwości trochę gorzej - ale w końcu nikt nie jest doskonały). Na to - Amerykanie, za pomocą wydumanych komputerowych symulacji postanowili nam wmówić, że maszyna, która swego czasu uderzyła w jedną z wież WTC rozpadła się w drobny mak. Może w juesej samoloty się rozpadają, w Polsce - to nie do pomyślenia. Nawet przy ogromnej prędkości, w zetknięciu z brzozą, kamieniem, czy nawet budynkiem, całość konstrukcji powinna pozostać nietknięta. No chyba, że w międzyczasie na pokładzie wybuchnie bomba, albo - co gorsza - samolot okaże się być produkcji rosyjskiej.




Osiągnięcia polskiej myśli technicznej wykraczają znacznie poza granice naszych możliwości poznawczych. Dlatego tak często wszelkie innowacje spotykają się u nas ze społeczną krytyką.

Kiedy, pewnego dnia, gdy ogrzewający Króliczkowo piecyk gazowy niespodzianie zaczął wypluwać wodę, wezwałem Okręgowego Specjalistę do Spraw Przecieków. Ten - popukał, postukał, wypił kawę, zapalił i, nie znoszącym sprzeciwu głosem, oznajmił:
-  Nic mu nie jest.
- Jak to nic nie jest? - zapytałem zdumiony - przecież z niego kapie.
- Panie - żachnął się Specjalista - ten piecyk tak skonstruowano, żeby czasem przeciekał!

A my się autostrad czepiamy!



niedziela, 22 kwietnia 2012

Spór o clitoris

Jak dowiedziałem się z GW, przyszedł sromotny kres na niejakiego Piznala - krakowskiego puzonistę. Oto, na swoim fejsbókowym profilu, za psychotycznym (albo co gorsza, szatańskim) podszeptem, umieścił fotkę stojącego na rękach nagiego faceta z kroczem wypełnionym kwiatami, okraszając ją paroma "nieprzyzwoitymi" dowcipami. Może i nikt by się nie zjeżył (bo niby po co?), gdyby nie fakt, iż rzeczony muzyk ma w niedługim czasie objąć stanowisko szefa jednej z miejscowych artystycznych szkół, a - oględnie rzecz ujmując - nie jest tam zbyt mile widziany.
Podobno (za "Gazetą") "seksistowski" profil pedagoga odkryli sami uczniowie - zainteresowani bliższym poznaniem osoby swego przyszłego dyrektora. A gdy zaspokoili ciekawość -  swoimi odkryciami pospiesznie podzielili się z miejscowym Kuratorium Oświaty.
Można by całą rzecz skwitować stwierdzeniem, że "na każdego jakiś hak się znajdzie", wystarczy odrobina złej woli i dostęp do sieci, moim zdaniem jednak, istnieje kilka powodów, dla których warto przez chwilę na tej "aferze" się skupić.




Po pierwsze - trzeba zadać sobie pytanie - co decyduje o przydatności do zawodu - merytoryczne przygotowanie i doświadczenie, czy też styl i forma spędzania czasu wolnego? Cenzurowany profil nie jest profilem dyrektora Piznala a jedynie Bogdana Piznala - członka internetowej społeczności, który w czasie wolnym od pracy ma prawo publikować co mu się żywnie podoba.
I nikt nie powinien mieć co do tego żadnych wątpliwości, w przeciwnym bowiem wypadku - kwestionuje sens istnienia głównego dobrodziejstwa sieci, jakim jest (bezsprzecznie) wolność.
Po drugie - czy opowiadanie seksistowskich dowcipów jest karalne? Jeśli tak, to nawet wśród polityków widzę paru kandydatów do odsiadki. Ba, idąc tym tokiem rozumowania - przestępcą jest także - znany z "ciętych damsko - męskich bon motów" - sam Pan Prezydent.
Jeśli przyjmiemy, iż rodzaj poczucia humoru powinien mieć wpływ na obsadę stanowisk, to rzeczywiście przestaje być śmiesznie.
Po trzecie - i tu, przyznam, jestem zaskoczony - pod pręgierzem, do którego przywiązano krakowskiego muzyka, znalazł się sam Pan Profesor Zbigniew Nęcki, psycholog społeczny. W komentarzu umieszczonym pod artykułem GW napisał:

"Nauczyciel nawet prywatnie nie może się zachowywać poniżej poziomu oczekiwań narzuconych mu przez uwarunkowania kulturowe"




Przypomina mi to sytuację sprzed kilku miesięcy, gdy, w odpowiedzi na (absolutnie) artystyczną prowokację jednego z moich fejsbókowych przyjaciół, umieściłem na swoim profilu takie oto słowa:

Łechtaczko, łechtaczko,
ty mała padaczko,
kocham cię jak Witkacy.

No i się porobiło. 
Kilka dni później zostałem wezwany "na dywanik" a szef mój (były szef- oby żył wiecznie!) poinformował mnie, iż na jego ręce wpłynęła skarga określajaca użycie przeze mnie nazwy żeńskiego narządu przyjemności jako "nielicujące z godnością lekarza".
Nie mam zielonego pojęcia co jełop - donosiciel mógł wiedzieć o lekarskiej godności, nie wiem także, cóż nieprzyzwoitego jest w słowie "łechtaczka" i dlaczego nie należy go używać. Być może, by dorównać poziomowi oburzonego obywatela, powinienem był napisać "nadcipie" lub "dzyndzel"? Całe szczęście że w tym przypadku trafiło na ćwierćinteligenta półanalfabetę - przynajmniej nie dochrzanił się do mnie za Witkacego. To by dopiero było - doktor ćpun, pijak i sodomita w jednym!
Współczuję mojemu eks - szefowi (oby żył wiecznie!) tego, że codziennie musi się użerać z kretynami.
A ja - nieumiejętnie dobrawszy sobie fejsbókowych znajomych, mogę mieć pretensje jedynie do siebie.
Podobnie jak Bogdan Piznal. Sam przyznaje, że karygodnym błędem było udostępnienie swojego profilu wszystkim odwiedzającym.

Tchórzostwem (zarówno z jego jak i z mojej strony) byłoby poparcie dziś tezy postawionej przez Czcigodnego Profesora. Gdyby każdy z nas trzymał się sztywno swoich, narzuconych, społecznych ról, świat stał by się nudny i nie do zniesienia. A my sami - upodobnilibyśmy się do tych, dla których i tulipany między nogami i słowo "łechtaczka" są obrzydliwościami nie do przełknięcia.




Na koniec - nieco zapomniane skandaliczne wykonanie pewnego szlagieru...



piątek, 20 kwietnia 2012

Wojna

Jak się zapewne domyślacie - nieprzypadkowo - na dole tej stronki zadałem Wam pytanie "z którym państwem Polska znajduje się obecnie w stanie wojny?". 15 kwietnia, podczas jednego ze spotkań Towarzystwa Wzajemnej Adoracji pod wezwaniem "Gazety Polskiej", poseł Antoni Macierewicz był uprzejmy stwierdzić, że 10 kwietnia 2010 roku Rosja wypowiedziała wojnę naszemu krajowi, zasugerował również, że kolejnych "ataków" jak najbardziej powinniśmy się spodziewać.




Gdybym nie widział tu podwójnego, czy nawet potrójnego dna, to oratorskie popisy parlamentarzysty mógłbym z powodzeniem zdefiniować jako nieuleczalny przypadek idiotyzmu. Sądzę jednak, że "w tym szaleństwie jest metoda". Jaka?
Podczas ostatniego parteitagu, prezes Jarosław Kaczyński oznajmił, że "budowa IV RP już się rozpoczęła". Dobrze wiedział, co mówi.


.

1."Historia to uzgodniony zestaw kłamstw" (Napoleon Bonaparte)

„Krzysztof Łoziński :: Historia :: 23 lutego 2011, 12:54
Ze zdumieniem przeczytałem życiorysy Lecha i Jarosława Kaczyńskich zamieszczone w Encyklopedii Solidarności, publikacji powstałej, jak twierdzi wydawca, we współpracy z IPN. Życiorysy te nie tylko tworzone są „metodą Adama Słodowego (coś z niczego)", ale i zawierają informacje ewidentnie nieprawdziwe.
Zacznijmy od wspomnianej metody. Polega ona na tym, by nieliczne fakty z mizernej w rzeczywistości działalności obu braci w opozycji w PRL, przedstawiać tak, aby stworzyć wrażenie bohaterów pierwszej wagi. Część pierwsza tej metody polega na pracowitym wyliczeniu mało istotnych faktów, tak aby wytworzyć ich mnogość.(...) Gorzej, że pojawiają się informacje ewidentnie nieprawdziwe. I tak na przykład Lech Kaczyński: "W VIII 1980 uczestnik strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, doradca MKS, współautor tekstu Porozumienia Gdańskiego". W rzeczywistości Lech Kaczyński WCALE nie uczestniczył w strajku sierpnia 1980 roku w Stoczni Gdańskiej. Nie był ani doradcą MKS, ani współautorem tekstu porozumienia. Był w stoczni jeden raz, pod sam koniec strajku przez około godzinę.(...)Podobny passus znajdujemy w życiorysie Jarosława Kaczyńskiego: „od 1983 współpracownik TKK ‘S´, m.in. od 1986 kierownik biura społeczno-politycznego TKK, od jesieni 1987 sekretarz KKW ‘S´." Jarosław Kaczyński w sposób oczywisty nie był „sekretarzem KKW", tylko był jedną z osób w tym „sekretariacie", który w skład KKW nie wchodził. Przy okazji dowiadujemy się o istnieniu jakiegoś „biura społeczno-politycznego TKK", o którym, będąc bardzo blisko podziemnych władz „S" w tamtym czasie, dziwnym trafem nie słyszałem.
 (http://www.kontrateksty.pl/index.php?action=show&type=news&newsgroup=24&id=5520)



W średniowieczu - wszelka władza "pochodziła od Boga". Dziś - by ją zdobyć  i utrzymać, potrzebne są bardziej racjonalne argumenty - grupa, mająca aspiracje bycia "siłą przewodnią" musi udowodnić społeczeństwu że władza jej się zwyczajnie NALEŻY.
Temu właśnie mają służyć zmiany (będące w swej istocie jedynie interpretacjami i to dalece subiektywnymi) w "podręcznikach" najnowszej historii Polski, czynione na zamówienie Jarosława Kaczyńskiego.


2."W czas wojny potrzebujemy kogoś nowego, komu możemy zaufać, kto poprowadzi ludzi jak jakiś święty."(Tupac Amaru Shakur)




Tak rodzi się "kult wodza".  Myli się jednak ten, kto sądzi, że słuchacze tego przemówienia to jedynie banda bezmózgich kretynów. To zbyt wielkie uproszczenie. 
Tak naprawdę, to ci ludzie usłyszeli to, co chcieli usłyszeć, a "wódz" pobłogosławił ich WSPÓLNOTĘ.
Kaczyński wraz ze swą partią przypomina Palikota  ze swoim Ruchem - nie siląc się na wypracowanie jakiegoś racjonalnego programu - odpowiada społecznemu zapotrzebowaniu. Stosuje - i owszem - zupełnie inne środki wyrazu - ale zasada metody jest dokładnie taka sama. Handlowiec nazwałby to "łechtaniem targetu" - jednych kręci jaranie jointów i performance, innych wzniosłe słowa i ciągłe poczucie zagrożenia. Lęk, nie dość że bywa podniecający, to jeszcze w sprzyjających warunkach jest doskonałym motorem działania, stąd określenia "zdrada", "wróg", "wojna", jako kontrapunkt słowa "zwycięstwo". Czy to manipulacja? Oczywiście. Podobnie jak i zasypywanie komplementami zakompleksionej kobiety.

3. "Obywatele, chcieliście rewolucji bez rewolucji?"(Maximilien de Robespierre)

"Jaka jest więc jedyna opcja na zwycięstwo Polski?
To dosyć proste. Odpowiedzią jest zbrodnia założycielska.
Po prostu nasze środowisko, partia polska (PiS- przyp. B.), w drodze do władzy, musi popełnić zbrodnię. I to zbrodnię wielką. Taką, która wciągnie w swoją orbitę jak największą liczbę ludzi. Zaangażuje ich bez prawa powrotu.
Ktoś się tu może zatrząść z oburzenia, że jak to zbrodnia? Jak to? Nasza nowa, wspaniała Polska ma być budowana na zbrodni?
Oczywiście, że tak!
Kim jest bowiem władca, jeśli nie uzurpatorem?
A co robi uzurpator? Ano uzurpator może się, co oczywiste, podeprzeć ludem, ale wiadomo przecież, że łaska ludu na pstrym koniu jeździ (o ile lud stać na konia), więc oprzeć się na nim nie można. Nie bez anihilacji realnych przeciwników. Bo bez anihilacji przeciwników jednego, czego możemy być pewni, to tego, że my będziemy słabnąć, a oni będą rosnąć aż odbiorą nam władzę.
A to oznacza, że Polska może się podnieść z kolan tylko w wyniku zajść nagłych, gdzie wkurwiony tłum wywleka z chałup za włosy klony, obu płci, św. Barbary Blidy, patronki złodziei węgla i je na ulicy linczuje.  A następnie drży przed tym, by nie stracili władzy ci, którzy za te lincze nie wyciągają od nikogo konsekwencji.
Ktoś może powiedzieć- no ale Nicpoń, ty wiesz co ty gadasz? Polska ma powstać na bogobojności i modlitwie, jej fundament  musi być nieskalany.
Ja odpowiadam na to, że nikt na dziś nie odwołał Starego Testamentu, w którym konkretne recepty na postępowanie ze skurwysynami się znajdują.
Poza tym- to będzie zbrodnia tylko w świetle obowiązującego w Polsce prawa- stworzonego przez wrogów Polski i dla ochrony ich interesów. I tak się składa, że to, co wrogowie Polski zwą zbrodnią, jest tak naprawdę elementarną sprawiedliwością."
(http://nicek.info/2012/03/18/zbrodnia-zalozycielska/)

Swego czasu we Francji jakobini zmienili kalendarz, w chwilę później - burzyli pomniki Lenina w Polsce, a dziś - zamierzają wywlec na ulicę "zdrajców" i "zaprzańców", by - oględnie rzecz ujmując - wypatroszyć ich w imię Nowego Ładu. Czytając podobne teksty, przestaję zastanawiać się czemu ścięli Robespierre'a i dlaczego Hitler skończył z kulą w głowie. 
Myli się jednak ten, który uważa powyższy fragment za wypociny zidiociałego troglodyty. To dokładnie przemyślany "manifest", którego celem jest wywołanie u czytelnika negatywnych emocji. 
Kaczyński i jego środowisko podsycają agresję nie tylko w swoich "wyznawcach", ale przede wszystkim w przeciwnikach. Prowokując burdy, czy nawet strzelaniny (sprawa Cyby), zyskują dodatkowe argumenty w politycznej walce. Do złudzenia przypomina to podpalenie przez nazistów Reichstagu w 1933 r.

4. "Im większe kłamstwo, tym ludzie łatwiej w nie uwierzą."(Joseph Goebbels)

W brednie o sztucznej mgle, smoleńskim zamachu, międzynarodowym spisku czy wojnie polsko - ruskiej nie wierzą: ani sam Jarosław Kaczyński, ani nawet Antoni Macierewicz. Parlamentarna komisja, pod przewodnictwem tego ostatniego to nic innego jak propagandowa tuba, której jedynym celem jest rozpowszechnianie idiotyzmów i tym samym budowanie napięcia. Dzięki doskonałej współpracy z "Gazetą Polską" i "Radiem Maryja", przy współudziale "wściekle" komentujących wszelkie jego poczynania mediów mainstreamowych, udaje się prezesowi kontrolować społeczne emocje. Doskonale zdając sobie sprawę ze swoich ideologicznych słabości, z premedytacją wchodzi w personalne spory z rządzącą Platformą. To on rozdaje karty. Każde jego zdanie jest dokładnie przemyślane, nie ma tu miejsca na przypadkowe dygresje. Makiawelizm? W najczystszej postaci. 

Kaczyński pragnie władzy. Za wszelką cenę. I nie odpuści - aż do śmierci.
Zapytacie - gdzie w tym wszystkim jest Polska?
A kogo to dziś obchodzi?

czwartek, 19 kwietnia 2012

Nieczęsto staje mi...

OBYWATELKI I OBYWATELE!
BLAGIERKI I BLAGIERZY!

Nieczęsto staje mi i, bezsprzecznie, jest to wina polityków.
Poziom debaty publicznej w naszym kraju sięgnął bruku. Powiem więcej - piwnicy, a niekiedy również fundamentów. A przecież państwo nasze fundamenty ma porządne, solidne, betonowe - z Torunia, żelazobetonowe - z Żelazowej Woli, a wszystkie tradycyjnie pokryte styropianową izolacją. Cóż  więc takiego się stało, że wszystko nagle zaczęło przeciekać?

Towarzyszki i Towarzysze.
Powiedzmy sobie szczerze: kiedyś było inaczej. Władza porozumiewała się ze społeczeństwem za pomocą kilku zaledwie zwrotów. I też potrafiła wywołać emocje. Może i nie porywała tłumów, ale czy to jest dla dobra ogólnego najważniejsze? Pamiętajmy, że władza to nie Talib, porywać nie musi.
Zabawnie było? Było. Kulturalnie było? Było.
Trzeba więc głośno zapytać: komu to wszystko przeszkadzało?


Poniżej - krótki instruktaż pisania kulturalnych przemówień w starym stylu (źródło - wykop.pl)


Dowolny fragment z rubryki I połącz z dowolnym fragmentem z rubryki II a następnie z fragmentem z rubryki III i IV. W ten sposób otrzymasz przemówienie na dowolną okazję. Ilość możliwych kombinacji wystarczy na 40 godzin przemawiania!
I
II
III
IV
Koleżanki i koledzy
realizacja nakreślonych zadań programowych
zmusza nas do przeanalizowania
istniejących warunków administracyjno- finansowych
Z drugiej strony
zakres i miejsce szkolenia kadr
spełnia istotną rolę w kształtowaniu
dalszych kierunków rozwoju
Podobnie
stały wzrost ilości i zakres naszej aktywności
wymaga sprecyzowania i określenia
systemu powszechnego uczestnictwa
Nie zapominajmy jednak, że
aktualna struktura organizacji
pomaga w przygotowaniu i realizacji
postaw uczestników wobec zadań stawianych przez organizację
W ten sposób
nowy model działalności organizacyjnej
zabezpiecza udział szerokiej grupie w kształtowaniu
nowych propozycji
Praktyka dnia codziennego dowodzi, że
dalszy rozwój różnych form działalności
spełnia ważne zadania w wprowadzaniu
kierunków postępowego wychowania
Wagi i znaczenia tych problemów nie trzeba szerzej udowadniać, ponieważ stałe zabezpieczanie informacyjno- propagandowe naszej działalności
umożliwia w większym stopniu tworzenie
systemu szkolenia kadry odpowiadającemu potrzebom
Różnorakie i bogate doświadczenia
wzmocnienie i rozwijanie struktur
powoduje docenienie wagi
odpowiednich warunków aktywizacji
Troska organizacji a szczególnie
konsultacja z szerokim aktywem
przedstawia interesująca próbę sprawdzenia
modelu rozwoju
Wyższe założenia ideowe, a szczególnie
rozpoczęcie powszechnej akcji kształtowania postaw
pociąga za sobą proces wdrażania i unowocześniania
form oddziaływania




Szanowni Państwo.
Były takie czasy, gdy mówiło się o sprawach niewygodnych bez lęku. Bez strachu, natrętnych fraz, myśli, bon motów i lajtmotywów. Mówiło się, a nawet śpiewało:




Nie od dziś wiadomo, że muzyka łagodzi obyczaje. Zmniejsza napięcie. Pozwala dostrzec rzeczy do tej pory okryte mgłą, szczególnie tą sztuczną. 

Umiłowani.
Kiedyś potrafiliśmy się chwalić brakiem osiągnięć. 
Na przykład Majewski:




Dzisiaj - nie ma już wśród nas Majewskich. Są za to: Niesiołowscy, Kaczyńscy i Palikotowie. Są: katolickie cioty i naćpana hołota. Dziś, jak nigdy wcześniej - czarne jest białe, a ustawowa deregulacja zawodów sprawiła że licencjonowanym zdrajcą może być byle pętak, pod warunkiem że zdradza o świcie. 
Dziś - zaprzańcy idą w zaparte, napierając na stołeczne stolce, a reszta Narodu - ma biegunkę.

Obywatelki i Obywatele.
Jak tak dalej pójdzie, to wszyscy się odwodnimy. 
Bywało tak przecież..
Znamy historię Wieszcza Naszego Najprzedniejszego, tego, który omyłkowo uznał Litwę za swoją ojczyznę. Wspaniałomyślnie wybaczyliśmy Mu to. Jak gdyby tego było mało - wynieśliśmy Go na ołtarze. 
Ale dobrze wiemy, jak przesrany spotkał Go koniec. Znamy nazwisko zdrajcy - rzućmy nim, nie bójmy się nazwisk, nie lękajmy się rzucać - oto proszę: Towiański. To on podstępnie wszczepił wielkiemu poecie bakcyla.
A zresztą - cholera! Najważniejsze, byśmy umieli wyciągać wnioski.

Koleżanki i Koledzy.
Nie dajcie się zwieść.
Za każdym z nas ktoś stoi. 
I nawet, jeśli okazuje się, że jest to tylko Anioł Stróż, pamiętajcie - należy zachować czujność.

Najdrożsi.
Wybaczcie. Zagalopowałem się. Obowiązująca dziś retoryka polityczna wzięła górę nad osobistą kulturą i poprawnością. 
Miejcie jednak, prócz nadziei - nie tej lichej, marnej - także wzgląd na moje lata.
Choć odrobinę współczucia. 
Ostatnimi czasy bowiem, nieczęsto staje mi. Z winy polityków, rzecz jasna.


tytuł zapożyczony - autor J. Zych

środa, 18 kwietnia 2012

Gulaj

Musicie wiedzieć, że jak się w tajdze zgubicie to nikt was szukać nie będzie - zabrzmiał tubalny głos Przewodnika. Wszyscy, co do jednego, ateiści, zaczęli się modlić.

(tuż obok - mecz:)
-  Katolicy strzelili bramkę! - wystrzelił tłum - Jezus się cieszy!
- Nieeee - odparował  ktoś z tyłu - to muzułmanie strzelili bramkę!
- To z czego się cieszycie?
-Jak to z czego? My się cieszymy, Jezus się cieszy. Wszyscy się cieszą.
- Cieszmy się! - zakrzyknęli wszyscy.

W 1992 roku, a może w 1993 - (któż to pamięta prócz mnie?), wszyscy piękni studiosi, młodzi i kochani, spędzali kanikuły na trzystu metrach kwadratowych przedmieścia Irkucka - Polacy, Bułgarzy, Węgrzy, Czesi, i kto tam jeszcze - demoludowy miot.
- Połowa z was pójdzie budować transsyberyjską kolej, druga połowa - będzie zbierać żywicę - rozkazał Starszy Posterunkowy.
Doprowadzanie do stanu używalności przedpotopowego torowiska to dopiero wyzwanie. Ale to nic w porównaniu z orgazmem jaki mogą sprowokować żywiczne inwigilacje.
- Musicie wiedzieć, że jak się w tajdze zgubicie, to nikt was szukać nie będzie - powtórzył postsowiecki puzon.





Akił poszedł w las.
Muzułmanin, dopiero co nawrócony na islam dzięki bezczelności grekokatolików, którzy od tygodnia brutalnie gwałcili jego uszy przetłumaczonymi na rosyjski surami Koranu, poszedł w las.
Jak wyszedł w poniedziałek - to wrócił w piątek, bogatszy o krwistoczerwony swędzący Gulaj na brzuchu.
Starszy Posterunkowy Traper w porę dostrzegł brzuszną deformację młodego islamisty:
- Co to kurwa jest? - zapytał.
- Jestem pamiątką z tajgi - odparł Gulaj.
- To do bolnicy z tobą - zawyrokował Traper - ale musisz się liczyć z tym, że tam to ci żółtaczkę albo inny syf wszczepią. Teraz w Rosji panuje żółtaczka.
- To nie jadę - Gulaj poczerwieniał (jeszcze bardziej) jak syberyjskie niebo o świcie..

Traper łyknął porządnie z podręcznego bukłaku, po czym, milczący, nachylił się nad Gulajem i, wyszarpnąwszy z przytroczonych troków nóż myśliwski, rozwiązał gulajową kwestię raz na zawsze, bez konieczności interwencji medycyny konwencjonalnej.



wtorek, 17 kwietnia 2012

Was gesagt werden muss

Niemały międzynarodowy skandal wybuchł po opublikowaniu przez niemieckiego noblistę Guntera Grassa swojego najnowszego wiersza, którego tytułem posłużyłem się w nagłówku. Pisarza ochrzczono mianem "antysemity", a władze Izraela mianowały go oficjalną personą non grata na terytorium Państwa Żydowskiego.
Zdziwiłem się, prawdę napisawszy; Grass - pacyfista, Grass - orędownik pokoju i pojednania - antysemitą?
Postanowiłem, że Waszej, Drodzy moi, ocenie poddam zindeksowany utwór, ciekaw jestem bowiem Waszego oburzenia.



Was gesagt werden muss (Co musi zostać powiedziane)


Dlaczego milczę, zbyt długo milczę o tym,
co oczywiste i przećwiczone w grach symulacyjnych,
na których końcu my, którzy przeżyliśmy,
jesteśmy tylko przypisami.

Chodzi o rzekome prawo do uprzedzającego uderzenia,
które mogłoby unicestwić
ujarzmiony przez zarozumialca
i regularnie zmuszany do owacji naród irański,
dlatego że na jego terenie
prawdopodobnie powstaje bomba atomowa.

Ale dlaczego zabraniam sobie
wypowiedzieć nazwę innego kraju,
w którym od lat - choć w tajemnicy -
powiększa się arsenał nuklearny,
lecz poza wszelką kontrolą, bo nikt nie jest do niego
dopuszczany?

Powszechne przemilczanie tego faktu,
które sprowokowało również moje milczenie,
odczuwam jako ciążące kłamstwo
i przymus, którego nie można zlekceważyć
pod groźbą kary;
oskarżenie o "antysemityzm" słyszy się często.

Ale teraz, gdy mój kraj,
raz po raz wzywany i odpytywany
przez własne zbrodnie,
które są nieporównywalne,
wysyła do Izraela z przyczyn wyłącznie ekonomicznych,
choć zręczny język przedstawia to jako zadośćuczynienie,
kolejną łódź podwodną, której specjalnością
jest wystrzeliwanie wszystko pustoszących głowic
tam, gdzie rzekomo istnieje
jedna bomba atomowa
(dowodem na jej istnienie jest tylko obawa)
- teraz mówię to, co musi zostać powiedziane.

Dlaczego do tej pory milczałem?
Bo sądziłem, że moje pochodzenie,
związane z nigdy nie dającą się usunąć skazą,
zabrania mi wypowiedzieć tę oczywistą prawdę
wobec państwa Izrael, wobec którego mam
i będę miał dług wdzięczności.

Dlaczego dopiero teraz, w podeszłym wieku
i u schyłku mojego pisania, mówię,
że mocarstwo atomowe Izrael
zagraża i tak już kruchemu pokojowi na świecie?
Dlatego, że musi zostać powiedziane to,
na co jutro już może będzie za późno;
i dlatego że my, Niemcy, wystarczająco już obciążeni,
moglibyśmy stać się dostawcami zbrodni,
którą łatwo przewidzieć, a więc naszej współwiny
nie dałoby się zamaskować
zwykłymi wymówkami.

I przyznaję: przerywam milczenie,
dlatego, że dość już mam
obłudy zachodu; poza tym można mieć nadzieję,
że wielu wyzwoli się z milczenia,
zmusi sprawcę widocznego niebezpieczeństwa
do rezygnacji z przemocy
i będzie nalegać, by rządy Izraela oraz Iranu
zgodziły się na swobodną i nieprzerwaną kontrolę
izraelskiego arsenału nuklearnego oraz irańskich urządzeń atomowych
przez którąś z międzynarodowych organizacji.

Tylko w ten sposób można pomóc wszystkim,
Izraelczykom i Palestyńczykom,
więcej, wszystkim ludziom żyjącym obok siebie i nienawidzącym się w tym
okupowanym przez szaleństwo regionie,
a w końcu też i nam samym
(http://walizka.salon24.pl/407339,czy-antysemita-to-ktos-kogo-nie-lubia-zydzi)





Zniesmaczeni? Wściekli? A może - rozczarowani?

A teraz przeczytajcie  fragmenty tekstu pióra Eli Barbura, również zamieszczonego w "salonie 24":

"GraSS nie jest pierwszym lepszym dziadem-sklerotykiem, który nagle bez uprzedzenia zidiociał z nienawiści do Żydów(...) Wg mnie zaskakująco szerokie poparcie dla skandalicznych bredni Grassa wskazywać może na jakiś cholernie głęboki, podskórny kryzys w Niemczech, którego analizą powinni zająć się jak najszybciej socjologowie i... urzędasy w Brukseli. Niemcy to podstawa UE - kryzys może przełożyć się na innych.
W historii Europy, a raczej Eurazji nie brak przykładów, kiedy nagły wybuch nienawiści do Żydów sygnalizował lub towarzyszył zawirowaniom na większą skalę. „Syndrom Grassa” należy traktować jako sygnał alarmowy tym bardziej, że kontynent Wasz zalewany jest teraz przez fale emigracyjne z III Świata.
Izrael i Niemcy zaczęły już jednak traktować Grassa, jako kogoś na „wariackich papierach.(...) Tzw. praktyka życiowa uczy, że osobom w starszym wieku zdarzają się irracjonalne wybuchy nienawiści - nie poprzedzone żadnymi oznakami wstępnymi. Wg mnie to nie jest przypadek pisarza Grassa, zaś robienie z niego nieszkodliwego dziadka w pampersach to zarazem głupota i błąd.”

 (Zwracam uwagę na nieprzypadkową pisownię nazwiska autora "Blaszanego bębenka")


9http://prawdalezynawierzchu.salon24.pl/407075,syndrom-grassa)



Zastanawiam się, który z powyższych tekstów jest bardziej "nazistowski". 
Podczas, gdy wiersz noblisty wydaje mi się (abstrahując od jakości tłumaczenia) nieco niespójnym literackim krzykiem zatroskanego o losy świata starca, to w przypadku stylu notatki salonowego publicysty widzę jedynie podobieństwo do... przemówień pewnego kulawego ministra propadandy (tak, tego, który ukatrupił własne dzieci z tęsknoty za wylanym szambem). 
Cóż, być może i Gunter Grass był swego czasu przez chwilę członkiem SS, ale za to jego internetowy adwersarz, jak widzę, miał o wiele wyżej postawionych w nazi-hierarchii nauczycieli.
Po przeczytaniu obu tekstów nie mam najmniejszej wątpliwości co do tego, że poecie tak daleko do antysemity, jak Barburowi do intelektualisty.


Nie tak dawno, w jednej z tefałenowych audycji, pewien starozakonny adwokat, zapytany o to, na czym polega mechanizm funkcjonowania państwa Izrael, odparł, iż jest to przede wszystkim "wspólnota pamięci".
To dość śmiałe wyznanie, zważywszy na to, że naród skoncentrowany na swojej przeszłości, gdy martyrologia staje się jedynym jego wewnętrznym spoiwem  (vide - Polacy),  zazwyczaj przestaje się rozwijać. Intelektualnie się kurczy. 
W tym samym programie, rzeczony prawnik raz po raz obsesyjnie oskarżał mieszkańców Starego Kontynentu o sprowokowanie dwóch światowych wojen. To żaden argument. Przy całym szacunku do Narodu Wybranego trzeba sobie szczerze powiedzieć, że Europejczycy mają to, czego Żydzi nigdy mieć nie będą - dystans do samych siebie.

Umierająca narodowa mentalność karmi się nienawiścią do wrogów. Gdy więc starzy wrogowie pomarli, bądź zostali straceni, nieuniknioną koniecznością staje się produkcja kolejnych. Nakręca to koniunkturę i spaja wewnętrznie społeczność, dając jej członkom poczucie własnej wartości i niezachwianą wiarę w narodową misję, elity zaś - upodabnia mentalnie do swoich byłych oprawców.
Wychodzi więc na to, że produkcja antysemitów kwitnąć będzie jeszcze przez wiele lat.






P.S. Nie boję się tego, że nie wpuszczą mnie do Izraela, bo się tam nie wybieram.
PSS. Aniu -dzięki za film. Na pewno mnie tam nie zobaczą.