poniedziałek, 25 czerwca 2012

Zgwałcone przez EURO

Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że, w porównaniu z ich ukraińskimi koleżankami, polskie studentki to drzewne kłody. Podczas, gdy doprowadzenie rodzimej młódki do stanu używalności (tak zwanego "rosołu") bywa przeważnie czasochłonne i okupione przynajmniej dwoma butelkami wina, tamtejsze dziewczyny - same zdejmują z siebie to i owo, na trzeźwo, bez jakiejkolwiek sugestii czy też mizoginistycznego zabiegu. Ot, po prostu - rozbierają się, tu i ówdzie, odsłaniają to, co mają do pokazania, niestety czasem - eksplorują elementy, które, ze względów estetycznych powinny zostać ukryte, przynajmniej do dnia ślubu. Liczy się jednak otwartość, a przede wszystkim - cena.
Ukraińskie studentki nie są tanie. Są bezcenne. Kreują zupełnie nowy rodzaj seksualności, do tej pory odrzucany przez większość patriarchalnego społeczeństwa, niepośledni, może i w odbiorze - nieco dziwaczny, ale, w istocie - najbardziej ze wszystkich znanych dotąd - skuteczny.
Zaprawione etanolem rodzime striptizerki to małe puszczalskie gąski, którym tradycyjne okowy puszczają dopiero przy stężeniu zwiotczającym zwieracze, dziewczyny ze Wschodu - to prawdziwe AKTYWISTKI, burzące wszelkie stereotypy. Zastanawialiście się kiedyś, jak zachowałby się stateczny pan domu w towarzystwie półnagiej syreny, z wykaligrafowanym na dwóch, sterczących z klatki piersiowej dziełach sztuki, napisem "DARMOWE PIEPRZENIE"?




Zwierzęcym skowytem, rozchylonymi, ociekającymi juchą udami, przywraca chwilę, w której pierwotne instynkty brały górę nad cywilizacyjnymi konwenansami, gdy członek owłosionego troglodyty z wysokim czołem wbijał się odtylnie w pomrukującą, pochyloną, skubiącą przy okazji wprost z krzaka, jagódki, samicę, a - gdy głośniej zawarczała - zdzielał po łbie świeżo wystruganą maczugą. Jakież to wszystko wówczas było prostsze. Zawlec za włosy, w krzaki, rzucić na glebę i frykcyjną operacją przywrócić leśnej ściółce jej pierwotną biologiczną godność.


Markiz de Sade, był doprawdy, ciapowatym frajerem - przypisując swoją filozofię sprawom oczywistym - stworzył kolejne konwenanse, reguły sprzeczne z fizjologią, która, wbrew pozorom, jest w swoich mechanizmach prostsza, niż budowa cepa. Jeśli masz przed sobą nagą, drącą przeraźliwie mordę, dziką świteziankę - to próby jej związania, duszenia, łamania kołem, czy (Mon Dieu!) chłostania mają dokładnie tyle sensu, ile stawianie trzech drinków pod rząd anorgazmicznej dziewicy. Trza siłą brać. Póki się nie rozmyśli. Póki się nie umyje.





Nasza cywilizacja chyli się ku upadkowi - to oczywiste - reguły jej istnienia stały się zbyt skomplikowane. Nasze id, ego, supergego - rozrosły się, zarosły niczym ściany domu bluszczem, a teraz jeszcze zieleń włazi nam do środka, przez okna, drzwi i lufciki, blokując dostęp słonecznemu światłu. Jedynym ratunkiem dla naszego gatunku jest powrót do zwierzęcych korzeni.
Dlatego - postanowiłem wyjechać na Ukrainę. Sprzedać książki, pralkę, lodówkę i wyjechać.
Kolekcję pejczów - nie będą mi już potrzebne - oddam za darmo. Jest ktoś chętny?



"Powiedz mi, piękna, luba dziewczyno,
Na co nam te tajemnice,
Jaką przybiegłaś do mnie drożyną?
Gdzie dom twój, gdzie są rodzice?"
(A.Mickiewicz)

sobota, 23 czerwca 2012

Najzajebistszy Facet na świecie

By Go uczcić, mógłbym napisać wiersz (choć - nie, wiersz nie), opowiadanie, ba - powieść, zaśpiewać piosenkę (to też niespecjalnie), zagrzebać się w kiczowatej patetyce, ronić łzy wzruszenia. Ale po co? Czy nie wystarczy, gdy, prosto z mostu, bez żadnych upiększeń, napiszę zwyczajnie:

DZIĘKUJĘ TATO



Za to, że zawsze mogłem i mogę nadal liczyć na Ciebie w każdej sytuacji.
Za to, że dla Ciebie nigdy nie byłem przegrany, podczas, gdy inni mieli mnie gdzieś.
Za Twój spokój i opanowanie.
Za wspólnie, w tajemnicy przed Mamą, wypite piwo.
I za to, że pewnie wkurzysz się na mnie za tytuł tej notki, ale, wiesz - trochę dorosły już jestem to i przekląć czasem wypada.
Ale za to dedykacja, jedynie dla Ciebie - taka, jaką lubisz.
Za to, że jesteś.


piątek, 22 czerwca 2012

Przerywnik lepkiej bezczelności

Ktoś z Was kiedyś zapytał mnie, czy potrafię pisać wiersze. Otóż - nie potrafię. Nikt nie potrafi, wiersz jest jak kupa - sam wychodzi, wypływa, wyślizguje się, a im bardziej spocone czoło, ciepły, parujący niczym w ostatniej scenie "Szamanki" mózg, tym słowoklectwo bardziej wysublimowane, ułożone,niczym puzzle. Nie, żeby od razu zmuszało do myślenia - co to, to nie. Przyjmijmy - samo wychodzi.
Ktoś z Was kiedyś zasugerował opublikowanie przeze mnie na tej stronce kilku wierszowanych wypocin. Proszę więc uprzejmie. Zawszeć to jakiś przerywnik lepkiej bezczelności.



szybkim oddechem
zabijam milczenie

zduszonym krzykiem                                      
zarażam
jak aktor
w ciemności                          
sam 
tylko na scenie

nie jestem
lecz tylko się zdarzam

uda rozchylasz
w mojej głowie 
dźwięki
i nie wiem
co dalej 
być może
na ustach 
pytania 
zagłuszyć chcą lęki

choć wiem już
nie lepiej 
lecz gorzej


gdy wstaniesz 
przywita poranek 
bezwstydnie
twój zapach 
zostanę znów 
sam
napiszę 
na kartce
przy łóżku 
te słowa

miewam cię
lecz wcale nie mam

...


niebo tamą przekreślone 
w górze sennie
nawet nie wiem 
czy ty śmiejesz się dziś do mnie             
raczej ze mnie
i choć puste drzewo igra konarami
nic się dalej nie wydarzy 
między nami
lęk obdarty 
dziś ze skóry został nagle
okręt ruszył mimo wiatru 
lecz nie w żagle
cisza wkradła się 
w pół słowa 
jak szalona
to nie kwiat w donicy zdycha
to ja konam


 ...


zrozum

śmierć nie zapuka            
nagle
jak gość

ona tu jest






...


I to byłoby na tyle. Podobać się nie musi, byleby się dobrze śpiewało. Szczególnie po dwóch głębszych.





środa, 20 czerwca 2012

Gówno im zrobicie

Po przeczytaniu Waszych, pełnych tęsknoty, komentarzy pod poprzednią notką, niemal zszedłem ze wzruszenia. Początkowo odebrało mi jedynie mowę, później dołączyły się dolegliwości gastryczne, do chwili, aż wybuch jelitowej ekspresji zakończył ten emocjonalny festiwal. Cóż, finis coronat opus.
Pytacie, gdzież to się podziewałem, odpowiadam - wraz z Królikiem Benczem odpoczywaliśmy na łonie natury, łonie -  podzielnym, niejednorodnym - złożonym (specialite de la maison) z zielonej trawki i benczowego podbrzusza. Jak wiadomo, frykcja uniemożliwia płynne klikanie w klawiaturę - stąd moje blogowe milczenie.




Gabiszon (Królik Bencz) to uczuciowe stworzenie. Prócz nieskalanej, przeczystej szekspirowskiej miłości, jaką od lat obdarza niedoścignionego czeskiego Staropramena, pała również (bez podtekstu) niezgłębionym i trudnym do zrozumienia przeze mnie uczuciem do futbolu. Niezwykłym - podszytym wiedzą i doświadczeniem - bo nie dość że potrafi przewidzieć spalonego, nie czeka (jak większość damskiej widowni) na zwyczajową wymianę koszulek, to jeszcze nie odpuści nawet minuty z doliczonego czasu gry, okraszając każdą stratę piłki okrzykiem, którego nie powstydziłby się żaden kibol.
Jednym zdaniem - cud, nie kobieta.
Dzisiejsza notka pierwotnie miała być zbiorem benczowych cytatów dotyczących gry polskiej reprezentacji, tą koncepcję odrzuciłem jednak po konsultacjach ze znajomym prawnikiem. Przeciętny piłkarz to kretyn, ale wrażliwy, łatwo go urazić. I stać go na szlajanie się po sądach. Zwłaszcza po wypłacie.




Dziwię się tym, którzy krytykują PZPN za premię, jaką otrzymali po zawodach przegrani futboliści. Zakładając, iż wysokość renty powinna być wprost proporcjonalna do stopnia niepełnosprawności - nie widzę tu żadnego przegięcia.

Po pierwsze, to sami piłkarze, przez mistrzostwami, zażądali takiej kasy, tylko frajer mógłby sądzić, że mieli w planach ją wygrać, a nie jedynie - zarobić. Po drugie zaś - skoro "dziadki" płacą za samo wyjście na boisko - po cóż się wychylać?




Po wczorajszej konferencji prasowej, na której Grzegorz Lato oświadczył, że ze stanowiska nie ustąpi, mimo, że kilka miesięcy temu stwierdził zupełnie co innego, wszyscy na nim psy wieszają. Niesłusznie. Prezes nie jest kompletnym idiotą, od kompletnego idioty różni jedna podstawowa umiejętność - umiejętność liczenia.

Kto z Was, mając, w perspektywie kilku miesięcy, kilkuzerowy uznaniowy przelew w euro, dobrowolnie zwolniłby się z roboty?

Jak bowiem donoszą papużki (bynajmniej - nie - drobnofaliste), po obliczeniu utargu, kilka miesięcy po zakończeniu mistrzostw, UEFA zwyczajowo odpala niezłą sumę szefowi związku kraju - organizatora. A  przecież Lato ślubów ubóstwa nie składał, a nawet jakby składał, to i tak nie ma żadnego powodu, by ich dotrzymał.





Najzabawniejsi są jednak politycy. Już podnieśli wrzawę, że skandal, że złodziejstwo, że korupcja, już tam, w ciszy swoich gabinetów smażą nową ustawę "o futbolu" - umożliwiającą organom państwa wpływanie na rodzime skostniałe piłkarskie struktury.

Panie i panowie - gówno im zrobicie. 
Nie jesteście w stanie zmusić zdemoralizowanego półgłówka do tego, by szybciej biegał, ani do tego, by nauczył się strzelać bramki. Te umiejętności reprezentantom Polski do niczego nie są potrzebne.
Nie naślecie na PZPN żadnych adwokatów, ani kuratorów, bo europejska federacja natychmiast wywali z pucharowych rozgrywek nadwiślańskie kluby, a tego Wam kibole nie darują.
Pozostało Wam jedynie przyglądać, zżymać się i kląć, bo może i w tym wszystkim idzie jedynie o kasę, ale - tym razem - nie o Waszą.



czwartek, 14 czerwca 2012

Głupich nie sieją, sami rosną

Jeśli wydaje Wam się, Drodzy moi, że granice absurdu na rodzimym nadwiślańskim poletku zostały już dawno przekroczone - to znaczy, że Wam się jedynie wydaje. Informacje typu : "zostaliśmy sprzedani, zdradzeni", czy "rząd dąży do biologicznej zagłady narodu" - na mało kim robią dziś wrażenie, a mający monopol na patriotyzm ekstremiści, pokroju mojego ulubionego Janusza Mikke Dwojga Nazwisk, postawiwszy wszystko na jedną kartę, w końcu stają się jedynie przedmiotem drwin.
Oto, bowiem, w dzień przemarszu rosyjskich kibiców na mecz z Polską, ów bohaterski antykomunista postanowił osobiście wytłumaczyć innostrancom powody, dla których nie lubi czerwieni. Pozwolę sobie przytoczyć nieautoryzowany, rzecz jasna, fragment jego misjonarskiej posługi.

POLSKI KIBIC: Panie Korwinie, po co pan pierdoli? Idź pan do domu. Po co pan tu jest?
JKM: Bo nienawidzę komunistów!
(za wp.pl)

Gdybym miał cokolwiek poradzić JKM, to chyba jedynie to, by swoją antypatię wykorzystał w bardziej wysublimowany sposób - na nocniku. Jak się człowiek porządnie wkurzy, to i stolec łatwiej wypada.
Wspominany aktywista (bo politykiem przestał być już dawno) przygotował nawet odpowiednie banery i transparenty, mające na celu uświadomienie Ruskim całego zła totalitarnego post-leninowskiego systemu. Niestety, psu na budę się przydały, albowiem kibice "sbornej" niespecjalnie tego dnia mieli ochotę epatować tubylców sierpami i młotami. A JKM? Oficjalnie - jak pisze na blogu - zniesmaczony prowokacją rodzimych kiboli - wycofał się.
Nieoficjalnie - jak widać na załączonym obrazku - niekoniecznie.

(http://www.facebook.com/MamdosycTuska)

Oczywiście, polskich kiboli nikt do bijatyki nie zmuszał, nie namawiał. Sami na to wpadli, są przecież prawdziwymi patriotami. Podobnie, jak i Krzysztof Pasierbiewicz, autor tekstu, który pozwolę sobie niżej przytoczyć.

"Dlatego święcie wierzę, że dwunastego czerwca na Stadionie Narodowym „dokopiemy” Ruskim za plugawy raport Anodiny, w którym przy milczącym przyzwoleniu polskiego Premiera obwieszczono światu, że dziesiątego kwietnia roku 2010, pod Smoleńskiem, pijany polski generał zabił prezydenta Rzeczpospolitej i kwiat polskiej generalicji, w domyśle na polecenie szalonego Lecha Kaczyńskiego. Za to, że nam do dzisiaj nie oddali szczątków Tupolewa. A także za to, że nasz usłużny wobec Moskwy premier oddał smoleńskie śledztwo Putinowi, który się tym śledztwem bawi, jak dziecinną zabawką.
I choć nasza jedenastka jest znacznie niżej notowana od drużyny Rosjan wbrew logice wierzę, że zebrani na Stadionie Narodowym Polacy, podobnie jak pięćdziesiąt pięć lat temu na Stadionie Śląskim, poderwą naszą jedenastkę do boju by pokazać Ruskim, co znaczy nasze odwieczne narodowe credo: Bóg! Honor! Ojczyzna!"
(http://niepoprawni.pl/blog/3753/12-go-czerwca-odegramy-sie-za-smolensk)

Nie mam najmniejszej ochoty tego komentować. Jeśli jednak KP rzeczywiście jest czynnym akademickim nauczycielem - to mogę tylko pogratulować studentom - udanego osobowego wzorca.

niezalezna.pl




Polskie prawo jest, niestety, dalece niedoskonałe. Obydwu panów należałoby ścigać z urzędu, albowiem, zgodnie z art. 18 p.2 KK, ich zachowanie było umyślnym, choć nie bezpośrednim podżeganiem do popełnienia przestępstwa. W przypadku JKM dodatkowo należałoby się zastanowić nad zastosowaniem art. 24 KK, mówiącego o celowej prowokacji w stosunku do rosyjskich kibiców, czyli nakłanianiu ich do popełnienia przestępstwa, mającego następnie skutkować postępowaniem karnym, a w przypadku KP - można by mówić o tzw. pomocnictwie, czyli - zmieniając nomenklaturę prawną na normalny język - podżeganie do podżegania, które, w pewnych okolicznościach jest również czynem zabronionym.

Egzekwowanie przepisów jest w Polsce, niestety, dalece nieefektywne. Nie mamy się więc co łudzić - zarówno JKM, jak i KP - pozostaną bezkarni. Na szczęście - nie - anonimowi.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Złota Doopa 2012

Zgodnie z tradycją, jak najbardziej świecką, zapoczątkowaną na moim onetowym blogu, mam zaszczyt przedstawić Wam, Szanowni Czytacze, laureata tegorocznej Złotej Doopy".
Tych, którzy nie wiedzą, pragnę poinformować, iż nagroda ta jest całkowicie apolityczną, pozbawioną jakiegokolwiek ideologicznego podtekstu próbą uhonorowania wkładu rodzimych intelektualistów w mentalny rozwój Narodu jako społeczności, a, jako że od wybitnych myślicieli roi się, liczba żyjących tęgogłowych pomników rośnie w tempie porównywalnym z szybkością działania drobnokomórkowego raka płuc, ów laur, przyznawany jest co pół roku.

 Nie wdając się w akademickie szczegóły, pragnę oznajmić, iż dzisiejszym zdobywcą zaszczytnego Trofeum jest:

WICEPREZYDENT MIASTA GDAŃSKA ANDRZEJ BOJANOWSKI


Wkład Laureata w nowoczesną myśl socjologiczno - antropologiczną jest do prawdy nie do przecenienia. Otóż, bowiem, po meczu, inaugurującym rozgrywki EURO 2012 na gdańskim stadionie, był uprzejmy wyartykułować, co następuje:

"Dziękuję mieszkańcom, służbom, wszystkim, że po prostu potrafimy się zachować jak normalni ludzie, cywilizowani biali ludzie. I nasi goście też, dzięki temu, się zachowują, tak jak się zachowują biali normalni ludzie, czyli bawią się wtedy, kiedy można się bawić, kiedy trzeba iść już spać, idą spać . Nie brudzą straszliwie, nie szkodzą, nie niszczą."
(za "Dziennikiem Bałtyckim")

Ta wielopoziomowa, wielowątkowa wypowiedź wymaga choćby jednego akapitu komentarza. Proszę więc uprzejmie:

Pan Wiceprezydent, doprawdy, zbyt wiele czasu spędza w oliwskim ZOO.


Złota Doopa 2012

Do statuetki, wysłanej za zaliczeniem pocztowym, pozwoliłem sobie dołączyć również dvd z filmem poglądowym pod tytułem: "Black cock orgy", ukazującym nie-białych umiejętność godzenia pracy z zabawą. Film, rzecz jasna - z polskim dubbingiem.
I - pisemną propozycję, by od tej chwili obdarzyć Gdańsk honorowym tytułem Miasta Białych Ludzi.

A, jako muzyczny upominek:


piątek, 8 czerwca 2012

Suicide?


Obudził mnie poranny chłód,
Odeszłaś wraz ze wschodem słońca, zostawiając mi tylko łzy,
Wstałem, pusty w środku,
Krokami na schodach i ciszą w moim umyśle.

Cóż, wyszedłem z domu tego ranka, wzdłuż ulicy bez nazwy.

Do klubu zwanego "Luzer", jak bezdomny pies,
Pojechałem windą na piętro z widokiem.
Przerwać abonament życia - to jedyne co mi zostało.




Wszedłem na poręcz, zobaczyłem powoli rozsuwający się tłum

Usłyszałem krzyk "Nie skacz na litość Boską, pozwól przesunąć mój samochód!"
Dłoń na ramieniu, głos szlochający "już czas!"
Poczułem pchnięcie, pęd powietrza,
I chodnik, pogodziłem się z tym.

"Już czas!" 



Pamięci Stuarta "Woolly'ego" Wolstenholme'a
1947-2010




Tekst John Lees, tłum. Brunet

środa, 6 czerwca 2012

Immoralista

W ramach przed - mistrzowskiej  oszczędności, będąc u szczytu władz umysłowych, pragnę zwieść Was niedługim filozoficzno - psychologicznym parawywodem, sam zaś udaję się do mojej ogrodowej degustatorni, by godnie przygotować się do zawodów.





W jednym z traktatów, Andre Gide opisuje Raj, jako symetrię doskonałą, efekt zmieszania boskiego matematycznego zacięcia i zdolności Stwórcy w dziedzinie geometrii przestrzennej, w którym nagość pierwszych ludzi stanowi jedynie drobny, nic nie znaczący element układanki, nie posiadający ani żadnego emocjonalnego, ani filozoficznego podtekstu. Jedyną nieparzystą cyfrą w tym systemie operacyjnym jest Drzewo Logarytmiczne - jak się zapewne domyślacie - stanowiące istotny powód rozpoczęcia przez Adama i Ewę regularnej pre - kopulacji.
Nie ma co winić noblisty, w końcu Raj to nie jego licentia poetica, niemniej trzeba sobie uczciwie powiedzieć, iż powód wygnania Prarodziców z Edenu jest równie idiotyczny, jak i cały misterny układ symetrii, którym autor "Narcyza" (nomen omen) tak bardzo się podnieca.
"A kiedy Adam i Ewa ujrzeli że są nadzy, podnieciła ich wspólna myśl..." No popatrzcie, jak cywilizacja poszła do przodu, rzekłbym "posunęła się"(choć to podobno niegrzecznie). Dziś nie trzeba być nagim, by być podnieconym.

Od czasu do czasu, bywałem Adamem, zajmującym krzesło gdzieś w knajpianym kącie, spijającym drinka wśród oparów wspomnień z kolejnych utraconych rajów, poprzez mgławice rozciągające się od powiek aż po dzieciństwo, raz po raz skazywałem siebie na banicję, ferowałem wyroki, dokonywałem ablucji i wracałem z powrotem do chwil, które, jak wydawało mi się (szczególnie po paru głębszych), stanowiły podstawy moich przyczynowo - skutkowych tragedii.
I mógłbym tak bez przerwy (tak mi się wówczas wydawało), doprowadzając do ruiny swoją wątrobę a kieszeń, gdyby nie pewien Kompan co się zowie, Druh niespodziewany, który, pewnego wieczora, kładąc mi dłoń na ramieniu, wskazał przeciwległą ścianę, na niej - ohydny landszaft, przedstawiający coś na kształt meduzy, lub syreny chorej na Heinego - Medina. Dalibóg, nie widziałem tego wcześniej!
Z baru wyszedłem ochrzczony, wypełniony pod sam czubek głowy - wszystkie moje przeszłe orgazmy zlały się w jeden znirwanizowany eter, rozproszony, a przez to wszechmocny i niedefiniowalny.

Napompowany jak futbolowa piłka, lekko kozłując, zmierzam do końca.
Kto mnie dogoni?...



sobota, 2 czerwca 2012

Sierpem i młotem

Nie rozumiem, dlaczego jeszcze nie nie wypowiedzieliśmy wojny Stanom Zjednoczonym. Cóż by nam to szkodziło? Już tam nasze sztabowe tęgie, zaimpregnowane czterdziestoprocentowym etanolem mózgi odnalazły by drogę do zwycięstwa. Wysyłając na podbój Ameryki F16 z szachownicami na ogonach, mielibyśmy szansę pokonać Jankesów ich własną bronią. Oczami wyobraźni widzę te nagłówki "Dziesięciu bohaterskich lotników zasnuło niebo nad Waszyngtonem", albo "Cud w Chicago - Polakom udało się zasłonić słońce". Gdyby tak zniweczyć wszelkie światło nad Stanami - wszyscy tambylcy okazaliby się czarni, ciemni. Cichociemni - zdjęci strachem - siedzieliby jak myszy pod miotłą, w tych swoich kapitalnych, wycyzelowanych, dopieszczonych zapachem sosu barbecue, izdebkach. I ani mru mru. Tak.
W charakterze "piątej kolumny" przemycilibyśmy na terytorium wroga kabaret "Ani Mru Mru". A wróg - gremialnie, zawodowo, bezosobowo, zesrałby się w biało-czerwono-niebieskie majtki. Ze śmiechu.
Opanowawszy sytuację, z pomocą specjalistycznych komórek ONR-u, zorganizowalibyśmy na, dotąd niespecjalnie zagospodarowanej, Alasce sieć obozów koncentracyjnych (ze względu na położenie, nazwalibyśmy je "amerykańskimi"), gdzie puszczano by osadzonym autochtonom przez okrągłe doby, tam i z powrotem, przemówienia Gomułki (dlaczego właśnie jego a nie na ten przykład Prezesa JK? Prezes retorycznie nie dorósł jeszcze do swojego mentora), ćwicząc w nich umiejętność koncentracji. Postępując zgodnie z założeniami "sikorskiej" polityki zagranicznej, w krótkim czasie, wykreowalibyśmy im tam prawdziwie sarmacki burdel, burdel na miarę naszych oczekiwań i możliwości, burdel, jakiego nie doświadczyli od czasu zatopienia bostońskiej herbaty.


TAK SIĘ BOI OBAMA...


Poruszylibyśmy służby specjalne. Macierewicza mianowalibyśmy feldmarszałkiem, i spłynąłby ów demiurg na budynek BBC jak Grom z jasnego nieba, bezczeszcząc, do ostatka. Odtąd, miast pełnych jadu programów o Prawdziwych Polakach, zaczęto by nadawać jedynie: audycje dendrologiczne, opisujące mechaniczne właściwości brzozowego drewna, felietony duszpasterskie i powtórki relacji z kolejnych miesięcznic.


... A TAK BOJĄ SIĘ W BBC...


A, gdyby do tego wszystkiego znaleźć, przefastrygować, przerobić koszulę Dejaniry na piłkarskie majty i wbić w nie Sola Campbella? To by dopiero był spalony!


...SOL CAMPBELL ZDJĘTY STRACHEM...


Najwięcej kłopotów mielibyśmy z Ruskimi, od zawsze były z nimi tylko same problemy. Gdyby, jak twierdzą - kochali nas naprawdę, już dawno wyrzuciliby z mauzoleum tego starego bolszewika, a na jego miejsce sprowadziliby korpus bezgłowego hetmana, tego, który niegdyś był łaskaw rezydować na Kremlu. Nie zrobią tego. Są zbyt uparci. 
No to ich sprzedamy, uprzednio zakręciwszy gazowy kurek tak, że z nadmiaru, uszami im wypłynie.
A Chińczycy hurtowo - biorą wszystko - to wezmą i Rosję, my zaś - nareszcie dostaniemy szansę rozpłynięcia się w rozkoszy dobrosąsiedzkich stosunków. 


...A CHIŃCZYCY SIĘ CIESZĄ.


Dopiero wówczas, gdy wyjdzie na jaw, że Kitajce (raz kolejny) nam nie zapłacili, gdy Unia, zniesmaczona naszym najazdem na  "odwiecznego zamorskiego przyjaciela", pokaże gest Kozakiewicza - jak za dotknięciem Najświętszej Panienki Wspomożycielki Nadwiślańskich Idiotów, nagle, odzyskamy rozumy. Udamy Greków. Ogłosimy bankructwo. Przestaniemy srać ponad poziom cudzych tyłków i, zakasawszy rękawy, zaczniemy wreszcie budować nowoczesne państwo, od podstaw, prostymi, sprawdzonymi narzędziami, jedynymi, jakie nam, po plajcie, zostaną: sierpem i młotem.



piątek, 1 czerwca 2012

Międzynarodowy Dzień Dziecka


1. Codziennie umiera z głodu 90 tysięcy.







.






2. Zmuszanych do pracy jest 250 milionów.















3. Ok. 6000 rocznie staje się ofiarami tylko polskich pedofilów.















 4. W samej tylko Polsce rozpoznaje się ok. 1300 nowych przypadków nowotworów.

















5.W ciągu roku, matki pozostawiają w polskich szpitalach ok. 1100 niechcianych.















6. W Polsce, blisko 55 tysięcy rocznie staje się ofiarami rodzinnej przemocy.















 7. Na świecie ponad 2 miliony nie mają domu.
















8. Ok. 23 tysięcy przebywa w polskich domach dziecka.
















...


WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!


środa, 30 maja 2012

Gra

Cynizm jest to udana próba zobaczenia świata, jakim jest on w rzeczywistości.
(J.Genet)



Kolejny raz tej zimy, bladym świtem, przemierzał Trol owo pustkowie - drogę pod śniegową kołdrą. Trakt niemal niewidoczny, dostępny był jedynie wyostrzonym zmysłom kierowcy. Jak co dzień, słodkawą wilgocią ustnika porannego papierosa gasił w sobie zapał odkrywcy tajemnic rodzącego się dnia. Właściwie wszystko było wiadome.

Od kilku lat sprzedawał w tym miasteczku telefoniczne gadżety: złącza, routery, zestawy głośnomówiące i najbardziej chodliwe - elektroniczne przystawki, za pomocą których każdy posiadacz nawet starego typu aparatu mógł dowolnie modulować swój głos, pozostając, dla rozmówcy, całkowicie anonimowym. Interes średnio się kręcił, to co zarabiał wystarczało ledwie na spłacenie zaciągniętego kredytu i rachunków, rynek, który jeszcze kilka lat temu wydawał się chłonny, pojemny, niemalże bezdenny, w ostatnim czasie skurczył się gwałtownie, posyłając na dno kolejne firmy. Agencje detektywistyczne, policja, kościół - naszpikowane elektroniką - stopniowo traciły zainteresowanie nowinkami, świeże modele przestały schodzić, a uszkodzone i zużyte - zalegały półki dziesiątków podobnych temu serwisów. Pomyślał, że, gdyby nie zrządzenie losu, cud jakiś, który pozwolił mu wstąpić do lokalnej Gildii, jego kwity zawisły by wraz z nim na którymś z okolicznych drzew. Chociaż - i tak nikt po nim nie zapłacze, po swoim ostatnim rozwodzie, osiem lat temu, obiecał sobie, że nigdy więcej. I słowa dotrzymał.
Osiedlił się tu, dokładnie pięć lat temu i - był ostatnim, któremu władze na to pozwoliły. Zasłaniając się rygorystycznymi przepisami budowlanymi i niepodważalnością planu zagospodarowania terenu, odmawiały prawa do naturalizacji każdemu następnemu przybyszowi.
Miasteczko było nadzwyczaj spokojne, ludzie przyjaźni, życzliwi, brak jakichkolwiek oznak agresji, czyniły miejsce to szczególnym. Entropia zerowa. Raj. Niedarmowy.

Wszedłszy do biura, natknął się na Paulę - młodą sekretarkę, zajętą właśnie odprawianiem, jak sam to nazywał: "misterium plotkarstwa, mszy drobnomieszczańskiej, litanii głupoty", które codziennie o tej porze koncelebrowała z kapłańskim zaangażowaniem, wraz z tymi, co po drugiej stronie telekomunikacyjnego kabla:
- Tak, tak... Ale!...No tak... ależ tak...no to cześć!
Paula, jak większość tutejszych kobiet, pachniała starym zjełczałym olejem i rybami. Odór ten - kontrastujący z jaskrawością pomalowanych paznokci i kolorem szminki, stanowił antytezę jej zadbanych, kruczoczarnych długich włosów. Intelektualnie przeciętna dwudziestopięciolatka - tak zwykł o niej mówić - ale to wystarczało, by biuro przez ostatnich pięć lat funkcjonowało bez problemów, a klienci nie odchodzili z kwitkiem, on zaś miał pewność całkowitej jej lojalności. No i ten tyłek. Boski, o niepowtarzalnym kształcie. Kiedy tak stała, nachylona nad biurkiem, z aptekarską dokładnością odmierzał wzrokiem odległości pomiędzy umownymi punktami wyznaczającymi linię ud i bioder. Wiedział, że, gdyby nie ten zapach, już dawno zrobiłby to, co każdy szef zrobić był powinien.
- Tyłek, odtylcorodny, tyłozgięty... - zanucił naprędce skleconą piosenkę.
- Szefie - przerwała - w biurze czeka ktoś do pana.
- Na pana - poprawił ją.
- Na co? - spytała.
Kiwnął niedbale dłonią i wszedł do środka. Na fotelu siedział niski szeroki jegomość, bogato inkrustowany złotem, niczym obwieszona świecidełkami choinka. Ubrany w staromodny dwurzędowy garnitur, pod którym, w roli tła dla szyjnych błyskotek, szarzył się wypłowiały ziemisty tiszert.
Widząc przybyłego, nie wstał, jedynie wyszczerzył zęby w uśmiechu, i, wyciągnąwszy trzy palce lewej dłoni, zapewne na powitanie, rozpoczął:
- Klajn jestem, no chyba że się znamy...
- Istotnie, znamy się. Czym mogę służyć?
- Gildia... - wycedził grubas.
Trol usiadłszy naprzeciwko rozmówcy, oparł dłonie o biurko.
- Gildia? Spłacam swoje zadłużenia...
- Nie o ten dług idzie, raczej o zadośćuczynienie.
-To znaczy? - zaniepokoił się - Konkretnie?
- Proszę bardzo - odpowiedział gnom, faktycznie, wyglądał jak gnom - Pamiętasz którego dziś mamy?
Wstał. Poczuł,  jak lepki, zimny pot uciska, miażdży skronie. Niezwyczajnie rwąca rzeka
- Bynajmniej.
- Na pewno?
Krople wodnej soli, pieczeniem i bólem spłynęły po jego czole i karku.
- To dziś? To ja?
- Tak- odparł gruby - To ty.
- Dlaczego?
- Co dlaczego?
- Dlaczego ja?
Klajn odpowiedział uśmiechem.
- To nie jest dobre pytanie. Gildia darowała ci wszystkie winy, przeszłe, przyszłe, wykarmiła. Dzięki niej ostatnich pięć lat twojego życia było nieustającym festiwalem spokoju, stałeś się jednym z nas, przyjąłeś nasze zasady, mieszkasz tu.
- Ale ja? Gdzie jest klucz?
- Nie ma żadnego klucza. Majowie składali swoim bogom ofiary, patriarcha Abraham poświęcił nawet własnego syna...
- Cywilizacja Majów upadła, kiedy rzeki popłynęły krwią, składali ofiary, ale nie znali w tym umiaru...
- To prawda. Dlatego to Gildia dziś określa umiar, ustanawia porządek i prawa. Patriarcha Abraham poświęcił syna, nawet sam Bóg uśmiercił swojego Jedynego, nez Holokaustu nie byłoby państwa Izrael.
- Skąd ta pewność, ta cholerna pewność?
- Porządek świata jest zachowany wyłącznie dzięki krwi. Nie ma innego sposobu. W tym miasteczku od pięciu lat nie popełniono żadnego przestępstwa, zniknęli bezdomni, wszyscy żyjemy na niezłym poziomie. A ty? Gdzie indziej, już dawno posadziliby cię za długi. Ale nie tu. Tu jest raj. Symetryczny, doskonały.
- Cena tego szczęścia jest zbyt duża...
- Nieprawda. Wszyscy żyjemy ze świadomością ciążących na nas obowiązków. Sądzisz, że nie wolałbym być w tej chwili u siebie, popijać mojito i mieć gdzieś to, czy powiesisz się dziś, czy za rok? Poza tym - tkwisz w tym po uszy. Zapomniałeś już piekarza?
Doskonale pamiętał. Rok temu, gdy otwierał kopertę z pieczęcią Gildii, był przerażony. Przeczytał wydrukowane złotymi literami imię i nazwisko, a, gdy, chwilę później zadzwonił telefon i męski metaliczny głos kazał mu powtórzyć je kilkakrotnie, nie opanował drżenia. Trzy miesiące później odprowadził sąsiada na zapełniony mieszkańcami Rynek, w milczeniu i drżeniu towarzyszył jego ostatniej drodze, a kiedy sznur zaciśniętej pętli jęknął - on odszedł od zmysłów. Świadomość przywróciły mu dopiero okrzyki wiwatującego tłumu. Był już zbawiony.
- Chciałbym wiedzieć - wstał i podszedł do okna - kto decyduje o wyborze...
Do pokoju weszła sekretarka, lekko kołysząc biodrami, podeszła do biurka.
- Kawy? Herbaty? - zapytała.
- Mmm...- mlasnął Klajn - poproszę kawę.
Uśmiechnęła się, nie odrywając wzroku od zastygłego w bezruchu szefa.
- Coś podać?
- Nie - odparł cicho - nie, dziękuję...
- Coś się stało szefie?
- Nie Paula, dzięki...
Kiedy wyszła, ponownie usiadł naprzeciw gościa.
- A jeśli... - zawahał się - A jeśli się nie zgodzę?
- Wiesz co się stanie.
Wiedział. Niecałe dwa lata temu znaleziono w pobliskiej sadzawce zmasakrowane zwłoki miejscowego proboszcza. Podobno rozczłonkowano jego ciało, odcięto głowę, nim zdążył skonać.
Nikt, kto uczestniczył w tej grze, nie chciał skończyć w podobny sposób. A ta - trwała już pięć lat, tak, dokładnie tyle, ile istniała jego firma. Autor tej makabrycznej zabawy pozostawał nieznany, ale też nikt go nie szukał, dla mieszkańców spokój i dobrobyt były najwyższym dobrem.
Loteria, w której początkowo uczestniczyli jedynie miejscy rajcy, stopniowo obejmując przedsiębiorców, lekarzy, nauczycieli a w końcu - egalitarnie - wszystkich obywateli, stała się symbolem powszechnego mieszczańskiego braterstwa. Autoegzekucje odbywały się z astronomiczną precyzją - zawsze siódmego dnia co trzeciego synodycznego miesiąca. Każdy mógł to dokładnie obliczyć. Boska logika, czysta, nieskalana, kobieca. Matematyka. Biznes. Fundusz kredytowy, wspólne ubezpieczenia, sieć stypendiów, nawet pomoc medyczna - oto filary miejscowego niezatapialnego małomiasteczkowego monolitu.




Gildia. Wszechogarniająca, nieomylna. Płynny mikrokosmos, w którym poszczególne atomy schodzą się, rozchodzą, wymieniają energie, połączone nierozerwalnymi kowalencyjnymi wiązaniami sąsiedzkiej uprzejmości. Wirujący oksymoron, w którym nawet zaprzeczenie zaprzeczenia nie jest tym, czym być się wydaje. 

Gildia. Bezosobowe prawo, bez początku i końca, przenoszone drogą kropelkową, z ust do ust. Kiedyś, przyszłe pokolenia tutejszych mieszkańców zdetronizują Boga. Bo po cóż On, jeśli jest Ona.

Nie wiadomo kto tym wszystkim zarządza. O ile ktoś taki w ogóle istnieje.

...

Zasada metody tej zabawy jest prosta. Stajemy wszyscy w rządku. Tak, w rządku obok siebie. Czy macie już w dłoniach sekatory? Macie? To świetnie. Otóż, zasada metody tej zabawy jest prosta. Każdy z was ucina głowę sąsiadowi, potem zmartwychwstaje, klęka, wstaje i znów ucina głowę. I tak na okrągło. Dacie radę, to naprawdę nie wymaga wielkiej siły. Że co? Że jeden, ten na początku nigdy nie zostanie ścięty? Na drzewo z nim! Ścinać! Zmartwychwstawać! Klękać! Ścinać, zmartwychwstawać! Klękać! I tak przez posraną wieczność. Że zawsze ktoś będzie pierwszy? No to się, proszę szanownych, powiesi. I po sprawie. I następnego, kolejnego. Co? Kto tego ostatniego powiesi? A sam się kurwa powiesi!

...

- Dobre - grubas wyrwał go z zamyślenia - to jak będzie?...
- Chodźmy więc - odparł - mam nawet w biurku dyżurny sznur na wypadek awarii...
Klajn uśmiechnął się.
- Nie nazwałbym tego awarią. To czeka, prędzej czy później, każdego z nas. Mieszkamy tu.
- Tak, wiem. Jesteśmy stąd...
Drzwi ponownie się otworzyły, weszła dziewczyna z tacą.
- Nie - gość skinął dłonią - dzięki już za kawkę, może innym razem.
- Musimy już iść...
Taca miękko spoczęła na biurku.
- Skoro pan tak mówi...
- Nie wrócę dziś, zamknij biuro o szesnastej, Paula, proszę... - wyszedł, a za nim - chyboczący na cienkich krótkich nóżkach błyszczący gnom.

Usiadła za biurkiem. Napełniła kawą filiżankę, zbliżyła do ust. Siedziała tak, długo, nieruchomo, wpatrując się w jeden, sobie jedynie znany punkt podłogi. Nagle za oknem rozległ się wyrwany z setki gardeł krzyk.
Upiła łyk i, sięgnąwszy do kieszeni spodni, wyjęła telefoniczną przystawkę, delikatnie przykręciła ją do słuchawki aparatu szefa, wykręciła numer.
- Tak, z komendantem policji, - odezwała się męskim, chrapliwym, nienaturalnie chłodnym głosem - W imieniu Gildii... tak...  Jak brzmi nazwisko? Klajn, Henryk Klajn. Tak, no... tak.
Odłożyła słuchawkę. Dolała czarnego, chłodnego już płynu. Zamknęła oczy.

Właściwie, to wszystko było już wiadome.



poniedziałek, 28 maja 2012

Moje paznokcie to nie twój interes!

Dziś, zamiast kolejnej porcji narcystycznych wypocin słownego masturbatora - film. 


Pewna mieszkanka Arabii Saudyjskiej natknęła się w jednym z tamtejszych supermarketów na funkcjonariuszy Komitetu Krzewienia Cnót i Zapobieganiu Złu - państwowej policji religijnej. Mężczyznom nie przypadły do gustu jej pomalowane paznokcie, więc nakazali kobiecie natychmiastowe opuszczenie sklepu. Ta - przytomnie wyjęła telefon komórkowy i ... resztę sami zobaczcie.
Pozostawiam to bez komentarza - liczę za to na Wasze.



piątek, 25 maja 2012

Człowiek który zatrzymał Rozum czyli triumf fenomenologii

Wybaczcie mi dzisiejsze zawiłości, ale nie mogłem się powstrzymać...

Wydawać by się mogło, że w królestwie filozofii wszystko już zostało powiedziane, napisane, przedłożone i przecierpiane, a współczesna nauka o bycie przypomina starą Franię, w której obsesyjna gospodyni domowa pierze po kilkanaście razy wcale nie zaplamione te same wciąż obrusy.
A może to moja wina? Ostatnimi czasy coś nie tak z moim słuchem, a do tego pamięć (po czterdziestce) szwankuje, nie wspominając o problemach z prostatą, cóż - ciało starzejące się, nieruszane, to i zdolności kojarzeniowo - myślowe coraz bardziej chylą się ku upadkowi. 

Człowiek, odkąd został przez naturę zrzucony z drzewa (choć niektórzy twierdzą że wypełzł z wody), wciąż i bez przerwy zastanawia się nad racjami swojego bytu, bytami swoich racji, światami równoległymi i równoleżnikami świetlistymi, jak gdyby nie było ważniejszych spraw. Co bardziej niecierpliwi wymyślili bogów, którym bezkarnie mogli zadawać pytania, sami nie siląc się na czasochłonne rozmyślania nad odpowiedziami. Inni znów - zajęli się poszukiwaniami kamieni filozoficznych, świętych Graali i tym podobnych gadżetów, tworząc teoretyczne podwaliny dla mechaniki współczesnych gier komputerowych. Kolejni zaś - utworzyli międzynarodową federację piłkarską, by ostatecznie przetransponować gatunkowy pęd za prawdą na bieg za piłką. Jeśli faktycznie istotą rzeczywistości i prawdy jest sprzeczność, to najbliżej owej prawdy wydają się być ci ostatni.

Tak, sądziłem, że nic mnie już nigdy nie będzie w stanie zaskoczyć. Tym większa była moja konsternacja, gdy, dzisiejszego ranka, usłyszałem słowa, będące w swej istocie jedynym i nie podlegającym żadnej dyskusji świętym Graalem nauk filozoficznych. Słowa, wypowiedziane nie przez byle kogo - człowieka, który kiedyś zatrzymał Anglię (która po dziś dzień nie potrafi ruszyć z miejsca), padły w jednym z telewizyjnych poranków, a brzmiały dokładnie tak:

Mam swoje zdanie i się z nim zgadzam.

Niezwykłe. Niezwykle proste. Wszak brak zgody z samym sobą  byłby zaprzeczeniem człowieczeństwa. Pełna koherentność twierdzenia i przedmiotu twierdzenia czyni go równocześnie podmiotem. Pozbawiony boskich, nadprzyrodzonych cech, w tym ujęciu problemu człowiek staje się jedynym i ostatecznym kreatorem, a nie zadając dodatkowych, trudnych i bezsensownych pytań eliminuje możliwość uzyskania odpowiedzi, które zmusiły by go do myślenia. Zen?











     Znajdź przynajmniej jedną różnicę między obrazkami.

(J.Tomaszewski/G.W.Hegel)


Jaki tam Zen! Przypatrzcie się twarzy po lewej. To nie jest personifikacja (czy raczej "utwarzowienie")  chamskiego "myślenia niemyślenia", ale uosobienie niemyślenia in situ, prowadzące do braku synaptycznych wyładowań in vivo, bez konieczności ich werbalizacji in externum. Kartezjuszowe "myślę, więc jestem", przebłysk owego "facjatowego" geniuszu zredukował do niezbędnego "jestem", a sokratejskie "wiem, że nic nie wiem" podniósł do rangi "wiem". Relatywistyczny rys rzeczywistości - do tej pory jedyna podnieta wyobraźni twórców - stał się niepotrzebnym obciążeniem i został w sugestywny sposób wysłany w pizdu. 
"Wiem, że jestem" - oto nowa formuła, zamykająca gęby wszystkim tym, którzy w poszukiwaniu dziury w całym pozwalali się dotąd obdzierać ze skór: filozofom, literatom i innym dziwakom, tracącym czas na badania bytów, racji, światów i sensu istnienia. 

Człowiek który niegdyś zatrzymał Anglię, w dniu dzisiejszym zatrzymał również i Rozum. Nie tyle zatrzymał, ile cofnął, zafiksowawszy go na chwili, w której rodzaj ludzki dopiero co z drzew spełzł (albo z wody - jak kto woli). Uprościł byt obiektywny i pozbawił wieloznaczności, dowiódłszy, że (jak mawiał inny Klasyk) - życie "można tylko wygrać, przegrać lub zremisować".
Wszyscy wielcy filozofowie są martwi. On - będzie żył wiecznie. O jeden dzień dłużej niż Lenin.


Na koniec - rekompensata za powyższe zawiłości - 




środa, 23 maja 2012

Koliber w bokserskiej pięści (rzecz o kiczu)


Historia powstania tej pieśni jest podszyta kiczem, podobnie, jak podszyta kiczem jest sama pieśń, niczym wyciskający łzy potulnych gospodyń i niedobzykanych pensjonarek film, przyciągający w każdy weekend przed ekrany tysiące maltretowanych codziennością.
Gdybym chciał napisać o romantyzmie, symbolice, transcendentalnej paralelności - wziąłbym się za anatomię Rimbaud, w te i we wte, począwszy od sonetów, a skończywszy na "Pijanym statku", wypreparowałbym Verlaine'a, nie wiem tylko czy litr wódki wystarczyłby na taką sekcję.
Na trzeźwo, podszyty kiczem, dobrałem się więc do utworu, którego sens sprowadza się do dwóch prostych słów, prostacko jednoznacznych, lecz - definiujących (moim skromnym zdaniem) całą tą symbolikę, paralelność i romantyzm, o których nie mogę napisać, ze względu na stan mojej wątroby.

Opowieść zaczyna się z jednym z paryskich nocnych klubów, w 1946 roku. Ona - córka przedmieścia, urodzona na ulicy - niepiękna, niewykształcona, drobna, ale obdarzona nieziemskim głosem, u progu światowej kariery, on - obywatel świata rodem z Casablanki - przystojny, dobrze zbudowany, bożyszcze kobiet, bokserski mistrz wagi średniej. Kicz, telenowela. Ona - samotna, choć nie stroniąca od męskiego towarzystwa, on - żonaty z dwójką dzieci i rodzinnym domem oddalonym setki kilometrów. Idealna para bohaterów opery mydlanej. Ona - zaczyna pełnić rolę odskoczni, Drugiej Damy, celu ucieczki zbłąkanego wędrowca, on - staje się nieoczekiwaną (ale podobno w serialach zawsze tak bywa), wyśnioną Miłością jej życia (wspominałem o kiczu?). Spotykają się w przelotach, przelatują na spotkaniach, burzliwie, namiętnie i wbrew, a łzy, półuśmiechy, zazdrość i zawiść depczą im po piętach niezależnie od szerokości geograficznej.




W 1948 roku przychodzi nagły kres. On - ginie w katastrofie samolotu, ona - traci sens, gubi instynkt samozachowawczy, poświęca się permanentnej i metodycznej autodestrukcji. Że kicz? Nie mniejszy, niż historia wypuszczonego z bokserskiej pięści koliberka, żywcem zerżnięta z wiersza Preverta.
14 września 1949 roku, w Nowym Jorku, ona - śpiewa tą pieśń po raz pierwszy. Słowa pisze sama, w bólu, upokorzona i zawiedziona, pijana, pisze je dla niego, a dla siebie - by z każdym wersem móc stoczyć się coraz niżej, po równi pochyłej, którą sama sobie funduje. Taka natura.




Przetłumaczyłem dla Was tekst tej pieśni. Najwierniej, jak potrafiłem. Nie znajdziecie tu kwitnących: alegorii, apeksegez, metafor, epifor, zamiast tego - kilka słów, nakreślonych przez prostą dziewczynę z przedmieścia, samotną i pewną jedynie tego, że wszystko już poza nią. Kicz?


Nieba błękit może na nas spaść,
i po świecie - zostać prochu garść -
nie obchodzi mnie, bo kocham.
Gwiżdżę na to całe zło.

Kiedy rankiem, obok jesteś ty,
drżeniem witam wszystkie nasze dni,
nie obchodzą mnie problemy,
bo cię kocham tak, jak nikt...

Pójdę na kraj świata stąd,
przefarbuję się na blond, 
jeśli taką wolisz mnie.
Księżyc zdejmę z nieba bram,
opędzluję każdy bank, 
jeśli powiesz, jeśli chcesz.
Zmienię paszport - mała rzecz,
przyjaciołom powiem "precz", 
byś mnie mógł dla siebie mieć.
Pośmiewiskiem mogę być,
mogę przeciąć każdą nić, 
jeśli tylko zechcesz...

Kiedy znów odejdziesz w życia wir,
jeśli Bóg zabierze ciebie mi,
nie zapłaczę - wiem że kochasz -
umrę, ze mną cały świat.

Aż po kres, będę kochać cię,
niebo tarczą swą obroni mnie.
Tam, gdzie nie ma już problemów,
wierz, czy nie - tam miejsce dla nas jest...


...


Nie mogę sobie jednak darować, by, na koniec nie zaproponować Wam jeszcze jednej wersji tej pieśni - w mistrzowskim wykonaniu.




poniedziałek, 21 maja 2012

Człowiek z Wyspy


Z głównej drogi w prawo, w kamienistą, wąską i krętą boczną aleję, gdzie z obu stron trwają na posterunkach wartowne rozłożyste klony, niewysokie, konarami broniące wstępu obcym, swoich zaś zapraszające, niczym drogowskazy. Las drogowskazów.  Gdzieś, w połowie - drogę przerzyna drewniany szlaban - masywny, groźny, uzbrojony na całej swojej długości w grubo ciosane wystające kołki, ostatnie ostrzeżenie dla nieproszonych gości. Na wprost - rozciągnięta zielenią polana, oświetlona słońcem, kroplami porannej rosy rozszczepiająca światło na kolory podstawowe, czyniąc wrażenie niezwyczajnie ukwieconego dywanu, przedsionka raju. Zza krzaków, ochraniających ten magiczny widok przed wiatrem wyłania się modrzewiowy most - łuk triumfalny, odwrócona krzywa Gaussa, której końca z tego miejsca dostrzec nie sposób.

Most Rozdzielający. W starożytnej Persji, każdy zmarły musiał przezeń przejść, a im więcej win miał na sumieniu, tym trudniejsza była ta przeprawa - most to zwężał się, to chwiał, ostatecznie skazując na kipiącą pod nim otchłań jedynie najgorszych bydlaków.

Z chwilą, gdy stopa dotyka pierwszej deski, rozpoczyna się muzyczna część przedstawienia. Najpierw odzywają się żaby, następnie, sprowokowane wielooktawowym rechotaniem, ptaki, którym z kolei wtórować zaczynają trącane wiatrem szuwary. Muzyka tężeje - niczym Bolero Ravela, z każdym taktem nabierając mocy - i cichnie, po chwili, pozostawiając złudzenie polifonii, poruszającej na powierzchni wody zielone tuby grzybieni i rzęs.

Średniowiecznym pustelnikom dostarczano prowiant za pomocą zbudowanych z modrzewia konstrukcji zatopionych w wodzie, a mnisi, poruszający się tą drogą, sprawiali wrażenie chodzących po tafli.

Domek, otoczony murem żywopłotu, znad którego widoczny jest tylko spadzisty dach, stanowi ścisłe centrum Wyspy, można by z powodzeniem nazwać go warownią. Z daleka - symetryczny, dostojny - a jednak nieregularny układ jego ściennych desek, różnorodność ich wzorów - w bliskości - zmieniają go w antytezę rajskiego Drzewa Logarytmicznego - symbolu uznawanego od wieków porządku wszechświata. Nic tu nie jest oczywiste. Ani ganek, przywołujący obrazy z amerykańskich westernów, ani dwa skórzane, pielęgnujące chłód, wiktoriańskie fotele, ani też kominek - leniwy ogień lampki nad tabernaculum.
Wszystko to wydaje się nierealne: zapach ledwie co ściętego drzewa, przepleciony wstążkami żabich arii, gdzieniegdzie inkrustowany szumem drzew - a to wszystko zatopione w głębi otaczającej wody, ożywiającej i utrwalającej. Przynoszącej nieśmiertelność.
Ludzki głos jest tu nietaktem, jak atak kichania podczas filharmonicznego piano. Wszystko, poza tą, wszechogarniającą muzyką jest nietaktem.


Gratuluję tym, którzy przebrnęli przez powyższą notkę. Nie umieściłem żadnych zdjęć - byłoby to zbyt proste, zbyt prostackie. I cieszę się, że mogłem opowiedzieć Wam o tym miejscu. Moim miejscu.
Miejscu, gdzie czas nie ma żadnego znaczenia, a wszystkie dotychczasowe życiowe doświadczenia zostają na brzegu, obce, odpychające i niepotrzebne. Zabawne.

Wiem że tam wrócę.
To doskonałe miejsce na to, by umrzeć.

...

Na koniec zaś - wraz ze specjalną dedykacją dla Kocicy, jeden z najcudowniejszych duetów świata.


 Minako Honda - 1967-2005

piątek, 18 maja 2012

Samotność żigolaka

Nie mam pojęcia, dlaczego się go czepiacie. Powinniście zostawić chłopa w spokoju. Wiecie jak sromotne w szczegółach bywało jego życie? Sromotne. I to nie od jakiegoś tam sromu, bynajmniej. Tak, wiem że Wy to od razu człowieka przekreślilibyście. Ale tak nie wolno. Polak to. Katolik. No, z tym katolikiem może i przesadziłem, ale - sami powiedzcie - czy w tym przypadku odrobina tolerancji to taki wielki problem? To nie żaden problem, prawda? Zważywszy na to, że facet dziś już jest posłem, namaszczonym, pobłogosławionym, ma legitymację ze zdjęciem. Legitymację ma, czaicie?

Agent Tomek. Mówią, że taki z niego był agent jak z łechtaczki hemoroid. Znam takich, którzy nie potrafiliby odróżnić jednej od drugiego. Ale nie on, on by się nie pomylił. Wiem że wie, gdzie znajduje się łechtaczka, co do hemoroidów - wierzę że wie.
Nazywanie go agentem, to za mało. Jest kimś więcej, a nawet jeśli już przyjmiemy, że był kiedyś agentem, to od razu dodajmy, że był - agentem niezwykłym.




Panowie - zdarzało się Wam kiedyś udawać? Kobiet nie pytam - wiem, że potrafią. No więc jak? Zdarzało się? No to sami widzicie. A on potrafił.
"Zimna woda, skoczę do wody, zimna i co? Malutki się zrobi i obciach będzie" - pisał do swojej wybranki - posłanki. Czyli - ma co się kurczyć, skoro "malutki" jest "obciachem", to duży stanowi normę.
I dalej: "jak cię zobaczę to ostatnie soki z ciebie wyduszę".
Wy anatomiczni i fizjologiczni analfabeci - domyślcie się o co w tym esemesie chodziło! Już? I nie wstyd wam? Bywacie sokowirówkami? No właśnie. A on bywał.
Był bezobciachową niekurczącą się sokowirówką.
Stanowił ucieleśnienie artyzmu romantycznego lub też romantyzmu artystycznego (nieważne): "nie ma ciebie, nie mam komu śpiewać". Caruso, ba, żeby tylko!
Niekurcząca się, bezobciachowa muzykalna sokowirówka.
"Działalność przykrywkowa to tylko praca, nic więcej" - stwierdził w jednym z wywiadów.
Muzykalna sokowirówka bez obciachu i kurczu, za to z przykrywką.




A Wy, panie posłanki, panowie posłowie? Przywitaliście bohatera gwizdami i buczeniem. Nie wstyd Wam?
Przeproście. Uznajcie swoje winy. Padnijcie na kolana i wyszczekajcie "pomyliliśmy się!". A potem wstańcie i, pochylcie się nad samotnym, słońcem wypieszczonym czołem, ucałujcie je.
Życząc wszystkiego dobrego.
Ja - życzę Tomaszowi powodzenia. Szczególnie w życiu osobistym.







środa, 16 maja 2012

Za kim pan jest?

Nie mam zielonego pojęcia cóż takiego złego jest w kawałach o babie u lekarza. Ilekroć w towarzystwie człowiek wypali na temat - już patrzą spode łbów, uśmiechają się i zaczynają traktować jak mongoła. Bo co? Że głupie? Szowinistyczne? Bez puenty?
Nieśmieszne? No pewnie.
Odnoszę czasem wrażenie, że wizyta w gabinecie stanowi dla społecznej większości element jakiejś, zakrojonej na szeroką skalę wojny, walki. Walki - "lekarz kontra reszta świata", a baba - w tym całym zamieszaniu jest tylko (lub aż) rzeczniczką vox populi.
"Babę zesłał Bóg", bo - "gdzie diabeł nie może tam babę posyłają". Dobre sobie.

Tym razem jednak - przyszła baba do lekarza, przyszła i stanęła w progu, i rzuciła - nie, nie miejcie żadnych złudzeń - ani "dzień dobry", ani (choć przynajmniej) "pocałuj mnie w dupę" - a więc, zagrodziwszy jedyną drogę ucieczki, jak, nie przymierzając kamień z grobu chrystusowego - rzuciła w bezbronnego lekarza woprosem. "Za kim pan jest?", ten, całkowicie zaskoczony,wstał z krzesła (a miał to w zwyczaju jedynie podczas odwiedzin swoich kochanek), spojrzał na ten głaz, ogradzający go od świata i, chcąc zyskać na czasie, zapytał. "A o co pani chodzi?" Musiał mieć chwilę, szukał więc w pamięci nazw miejscowych, rywalizujących ze sobą piłkarskich klubów, nie znał się na futbolu i nigdy znać się nie chciał, wychodząc z założenia, że widok dwudziestu dwóch zdemoralizowanych półgłówków biegających po trawie za nadmuchanym balonem przerasta możliwości akomodacji jego ocznych soczewek. A baba - jak to baba - cierpliwa była. "No to za kim pan jest?"
I pewnie żadna nirwana nie złamała by tej gabinetowej samsary, gdyby w końcu nie zabrzmiało pytanie pomocnicze. "To za peo, czy za pisem?" Nieprzejednana. "A jakie to ma znaczenie?" Lekarz, mimo wszystko odetchnął. "A  jakie to ma znaczenie? Tu jest gabinet lekarski, tu albo się jest chorym, albo zdrowym". Durak. Na piłce się nie zna, a politycznie też jakiś taki bledziutki. Babie pogarda wykrzywiła twarz. "A więc jest pan za peo, jest pan jednym z tych zdrajców. Nie będę do pana przychodzić". I wyszła.




Kiedyś, zasadniczym pytaniem wydawało się być "co z tą Polską", później: "jak żyć", a dziś - najważniejszą kwestią jest ta - "kto za kim stoi?". Bo przecież każdy musi za kimś stać. Kogoś popierać. Walczyć i nienawidzić.
W ciekawych czasach żyjemy. Nie wyciągnąwszy żadnych wniosków ze swojej historii, Szanowny Naród po raz kolejny okazuje się być jedną wielką zbieraniną idiotów. Idiotów, którym "się tylko wydaje".
Wydaje im się że to oni wybrali do Sejmu swoich przedstawicieli, a więc bez najmniejszego wahania mogą ich opluwać, a tym, z kolei, że stoją ponad prawem.
Wydaje się Rodakom, że wiedzą kto jest zdrajcą, kto zaprzańcem, a z kogo można bezkarnie ciągnąć łacha. Laureatowi Pokojowej Nagrody Nobla wydaje się że można bez przeszkód pałować robotników, a robotnikom - wydaje się z kolei, że kiedyś - to krasnoludki obaliły komunę.
Rządowi wydaje się że nie ma innej alternatywy, opozycji zaś - wydaje się że ma monopol na rację.
Starcom wydaje się, że prawdziwy patriotyzm opiera się jedynie na walce, młodym zaś - i tak jest wszystko jedno, bo wydaje im się że w tym kraju żadnych perspektyw mieć już nie będą.




Poniżej umieszczam obrazek, który znalazłem dziś w sieci. I nie mam żadnych wątpliwości, że jego autor powinien się leczyć.




Moja świętej pamięci Babcia powtarzała mi swego czasu dość często, że ludzie nie są ani dobrzy, ani źli, a jedynie mądrzy i głupi. Być może dlatego nie jestem w stanie zrozumieć tego zacietrzewienia, złości, pogardy i nienawiści, których dziś bywam świadkiem na co dzień.
Tylko kompletny idiota jest w stanie zdefiniować świat w kategoriach "black - white", to oczywiste - w innym wypadku trudno byłoby mu się w owym świecie odnaleźć.

Gwoli ścisłości - nie stoję po żadnej ze stron, bo nie mam na to najmniejszej ochoty.
Mam ważniejsze sprawy na głowie.
Ale, póki co, mam jeszcze prawo nazywać rzeczy po imieniu.





W jednej z książek Hrabala (pozwolę sobie na cytat) jest scena, w której robotnicy przejmujący owocowy sad w imię socjalistycznej ojczyzny wyjaśniają sens owych zmian dotychczasowym nadzorcom.

"- Deputaty się skończyły, ogród i owoce są nasze. (...)ogród należy teraz do nas wszystkich, już nie należy do jaśniepanów.
- Ależ ja nigdy nie udawałem jaśniepana.
- Nie udawał pan,(...), był pan dla nas uprzejmy i grzeczny, ale to, że był pan dla nas grzeczny, dziś pana raczej obciąża(...). Był pan dla nas grzeczny i mamy to panu za złe (...)."

Wybaczcie, ale ja się w to nie bawię.



poniedziałek, 14 maja 2012

Folwark zwierzęcy


 Wszystko zaczęło się od psa sąsiada. Bydlę wiejskie - małe, pokurczone, stare, z jednym okiem kaprawym, drugim - zabielmionym, chytre, sprytne wiekiem, drące mordę przy każdej nadarzającej się okazji, zgrywające chojraka, niczym pies Baskerville'ów, a chciwe jak pies ogrodnika. Zresztą, wiecie o czy mówię. Ów mądrala, a nazywano go Profesorem, podsiadywał pod pańskim oknem, podsłuchując, bo słuch mu jeszcze został - wprost doskonały, a to, co usłyszał, roznosił po wsi, nie za darmo, każde jego słowo miało swoją cenę - a to odstąpiono mu kawał soczystej kiełbasy, gdzie indziej wykopano starą kość. Chwalił się często znajomkom, że "robi w mediach" i że to cholernie intratne zajęcie.
Któregoś wieczora wpadł zdyszany do zagrody, stanął na środku i, przymknąwszy nieczynne ślepie, oznajmił:
- Wszyscy zdechniemy! Nie ma dla nas ratunku!
Tylko świnie podniosły na to głowy, wiadomo - świnia to niegłupie i w dodatku niezmiernie uczuciowe bydlę. Gdzieś, za ścianą zamiauczał kot
- Odszczekaj to!
(Wiadomo, złośliwy i do tego zawsze musiał mieć ostatnie słowo.)
Krowy ze strachu pochowały cycki, natomiast kury, nie zwracając na nic uwagi, dalej wydziobywały z pasją pozostawione przez świnie resztki, psy, nie mając pewnie nic pożyteczniejszego do roboty, goniły za własnymi ogonami, a owce, po tym, jak nażarły się jakiegoś paskudnego zielska, spały naćpane jak po maku. Jedynie kaczki trzymały się z daleka od tego całego towarzystwa, bo gdy kiedyś okazało się, że puszczone w powietrze - spadają - zostały przez współmieszkańców zagrody nazwane pogardliwie "nielotami" - wypowiedziały więc wojnę wszystkim nie posiadającym dziobów. One też niespecjalnie przejęły się najnowszym niusem.
- Posłuchajcie co słyszałem. - ciągnął burek - Idzie na nas klęska, pogłowie spada, jaj jest coraz mniej, dymać się nie chce...
- Mów o sobie - przerwał mu baran - mnie tam się zawsze chce.
- Beee... - westchnęły owce przez sen.
- I co, kurwa, może powiesz że ludzie też zaczną żreć trawę? - koza podniosła głowę znad żłobu.
- Przestaliście się rozmnażać! - wyszczekał pies ogrodnika - Ot co! 




Być może i kundel miał rację, a nawet jeśli do końca jej nie miał, to i tak coś było na rzeczy. W obejściu, od dawna mówiło się o tym, że kury niosą jaja wyłącznie za łapówki, psy uprawiają samogwałt, kaczorom nie staje nawet z zimnej wodzie, a baran "pcha" owcom nie w te dziury co trzeba.
- Rozpasanie! - zawyrokował kaczor
- Tworzycie cywilizację śmierci! - zapiał szef wszystkich kogutów, Arcykapłon.
- Uwolnić konopie! - odkrzyknęły przebudzone owce -  życie jest zbyt okrutne, żeby je przeżywać na trzeźwo!





Świnie okazały się najbardziej pragmatyczne. Zaproponowały przedłużenie wieku rozrodczego wszystkich samców i ograniczenie przywilejów, z których korzystały do tej pory zasłużone dla obejścia zwierzęta. Kaczki z miejsca zgłosiły weto.
- Ale nie rozumiem dlaczego? - zapytał knur - przecież jeszcze nie tak dawno same proponowałyście zniesienie wszelkich ulg. A twój - zwrócił się do kaczora - świętej pamięci brat bliźniak, nielot pierwszy, poparłby nasz projekt, jestem tego pewien.
-  Nazwał go nielotem! Znowu! - odezwały się chórem kaczki - Zdrada! Zaprzaństwo!
- To bezczelność - zawyrokował kaczor.
- Sam jesteś bezczelny! - baran podniósł głos - To ty mu kazałeś wtedy lecieć, masz na skrzydłach krew swego brata!
Odpowiedział mu wrogi pomruk.
- Twoja wypowiedź jest godna rzeźnika! - zakończył kaczor.
- Zapytaj brata! - odezwała się któraś z owiec.
(Sugestia nie do końca pozbawiona sensu - kaczor nie krył swojej głębokiej wiary w życie po śmierci, ale, wstydząc się okrutnie tej słabości, wściekał się za każdym razem, gdy któreś ze zwierząt o niej napomknęło.)
- A róbcie co chcecie, jak przyjdzie czas to i tak wszystko zmienimy! - kaczki odwróciły się kuprami i zaczęły wychodzić. Gęsiego.

W chwilę później, na zewnątrz, rozległo się przerażające psie ujadanie.
- Jesteśmy otoczeni! - wbiegł do środka zdyszany kundel - Dopiero co byłem pod płotem. I wyobraźcie sobie, lisica! Chciała mnie sprowokować, to kazałem się jej wynosić do wszystkich diabłów.
- Jasne - zaśmiała się kura - za długo siedziałeś w budzie to ci rozum odjęło.
- Posłuchajcie go! - wykrzyknął nagle baran - Naprawdę jesteśmy otoczeni!
- KOKO spoko! - odgdakały chórem kury.




Ktoś zatrzasnął od zewnątrz skoble. Nastała cisza.
- Słuchajcie, a gdzie są kaczki? - zapytał nagle baran.
- Odleciały - warknął kundel.
- Jak to odleciały? - knur wyraźnie się zmieszał - Nieloty?...